Na początku było słowo. Wcale nie biblijne i boskie, za to nasze, zwykłe i ludzkie. Przywitanie. Wypowiedziane nienachalnym, łagodnym głosem. Bez osądzania. Po drugiej stronie rezerwa i wycofanie. Kiedy ktoś jest bardzo doświadczony przez los, nie otwiera się od razu. Do tego trzeba cierpliwości. Chęci i empatii. Tych na szczęście tu nie brakuje.
Najpierw było słowo, potem rozmowy i oczywiście: garnek zupy. I spotkanie. Od dziś zupa już zawsze kojarzyć się będzie ze spotkaniem. Z Aleksandrą Kamińską, założycielką fundacji Zupa na Monciaku, rozmawiam między odbieraniem dziesiątek paczek z paczkomatów, kompletowaniem list z zapotrzebowaniem dla ukraińskich żołnierzy a planowaniem corocznej Wigilii dla osób w kryzysie bezdomności. Taka właśnie jest Zupa. Pomaga lokalnie, a także daleko – na linii frontu.
Garnuszek z pomidorową
Jest 2016 rok, a Ola codziennie około 7 rano, odwożąc dzieci do szkoły, mija przystanek autobusowy. Zawsze widzi tę samą kobietę. Szybko orientuje się, że to nie przypadek, a kobieta po prostu tam nocuje. Pewnego dnia zatrzymała się i zaproponowała jej kanapkę. Rozmawiały codziennie. Wreszcie Pani Małgosia otworzyła się i podzieliła swoją historią. Ola zapytała, jak może jej pomóc. Wtedy padły słowa, które zapoczątkowały wszystko: – Zrób zupę.
Zrobiła. Domową pomidorową, w niewielkim garnuszku, który akurat miała w domu. Kobiety umówiły się na placu przy sopockim „Monciaku”. Pani Małgosia przyprowadziła kilka osób. Z tygodnia na tydzień gości przybywało. Wreszcie Ola poprosiła o pomoc przyjaciół. By zupy nie zabrakło dla nikogo. Dziś organizację wspiera kilkudziesięciu wolontariuszy, którzy co tydzień gotują zupę, a potem spożywają ją wraz z bezdomnymi. To bardzo ważne: posiłki nie są po prostu wydawane. Są jedzone wspólnie. To przecież spotkanie przy zupie.
Pomaganie nie jest łatwe
Obok Oli zebrała się cała armia wolontariuszy Zupy, przychodzą też harcerze, ochotnicy z firm. Choć początki nie były łatwe. – Dotarł do mnie podstawowy problem. Tym ludziom potrzeba wsparcia, trzeba ich pokierować do miejsc, gdzie ktoś inny może im pomóc. Nie jesteśmy psychologami, nie mamy łaźni i schroniska – wspomina Ola. Zaczęła szukać kontaktów, ruszyła do walki w imieniu tych, którzy nie mieli już sił.



Pojawił się też problem, by zdobyć składniki i środki finansowe. – W naszym społeczeństwie panuje przeświadczenie, że bezdomni żyją tak na własne życzenie. Mogliby wstać, przestać pić, iść do pracy. To bardzo krzywdzące. Jestem przekonana: nikt nie jest bezdomny na własne życzenie. I tym ludziom trzeba pomagać. Jeśli nie można pomóc wyjść z kryzysu, warto po prostu towarzyszyć – tłumaczy.
Najważniejszy jest człowiek
Ekipa Zupy ma świadomość, że jeden posiłek w tygodniu, nawet jeśli oprócz zupy są kanapki, kawa i herbata, to wciąż tylko jeden posiłek. – Zaczęło się od spotkania i tak naprawdę o spotkanie tutaj chodzi – tłumaczy Ola. Posiłek jest symbolicznym wyciągnięciem ręki. To zauważenie godności drugiego człowieka. Zachęta i pokazanie, że skoro ktoś o nas dba, to nie wszystko jest jeszcze stracone i warto o siebie zawalczyć.
To też danie wyboru człowiekowi, który na co dzień go nie ma. Tu jest inaczej. Podczas spotkania przy zupie, osoby w kryzysie bezdomności są wysłuchane. Zauważone. I otrzymują wybór. Nawet, jeżeli jest to zastanowienie się między drożdżówką a pączkiem lub kawą z mlekiem czy bez – tu mogą sami o sobie zadecydować.
Na pomoc Ukrainie
Jest 24 lutego 2022 roku, a za naszą wschodnią granicą rozpoczęła się wojna. Co robi Zupa? Dochodzi do wniosku, że najlepiej, jak każdy będzie robił to, co robi dobrze. W ich przypadku, rzecz jasna, zupę. Wolontariusze zakasali rękawy, ugotowali ją dla przybywających do Gdańska uchodźców, przygotowali lunchboxy dla dzieci, a część społeczników ruszyła z prowiantem na granicę.
Zupa na Monciaku nie działa na małą skalę. Tu z jednego garnuszka pomidorowej powstał cały ruch społeczny, który co tydzień spotyka się i karmi bezdomnych. Jak z tej samej zupy, ugotowanej dla uchodźców, mogłoby nie powstać coś większego? – Oba te zadania są bardzo symetryczne. To, co robimy w Ukrainie, to jest Zupa. Symboliczna Zupa: spotkanie z drugim człowiekiem, podanie mu ręki, ofiarowanie tego, co jest mu w danym momencie najbardziej potrzebne i pokazanie, że nie jest sam – wylicza Ola.
Konwoje, które ratują życie
Aktualnie Zupa na Monciaku jest w Ukrainie już po raz 36. Tym razem transport ważył ok. 12 ton. To pomoc celowana, konkretna, ściśle powiązana z potrzebami. Trafia bezpośrednio na linię frontu, a także do szpitali, cywilów z miast przyfrontowych. Właśnie trwa przymusowa ewakuacja rodzin z dziećmi w obwodzie donieckim. Ekipa Zupy wiezie dla nich m.in. pościel, ubrania i jedzenie. Zapakowali też generatory prądu i ciepłe ubrania dla żołnierzy. Idzie zima, a ta na wschodzie Europy nikogo nie oszczędza.
Każda wyprawa trwa około 3 tygodni. Przewieziony przez granicę transport jest przeładowywany na inny, ukraiński już samochód 50 km dalej. Wolontariusze wracają do Gdańska, a Ola rusza w trasę. W swoim rozkładzie ma obwody doniecki, charkowski i dniepropietrowski. Tam aktualnie toczą się najgorętsze walki i pomoc jest najbardziej potrzebna. – Postanowiłam, że będę ryzykować tylko sobą, a nie wolontariuszami. Korzystam z pomocy Ukraińców, którzy są na miejscu – mówi. – Jestem mamą, ale moje dzieci są już całkowicie dorosłe. Myślę, że gdyby były małe, nie odważyłabym się podjąć takiego ryzyka. Rozumieją, co robię i wzajemnie się wspieramy – dodaje.



Dziewczyno, to są tylko rzeczy
W lutym tego roku transport Zupy dotarł do obwodu donieckiego. Ola i jej pomocnicy wyładowali tira w magazynie i ruszyli z częścią dostaw do poszczególnych pododdziałów. Wtedy w magazyn trafiła kierowana bomba szybująca. Półtonowy ładunek zrzucony z myśliwca, rozerwał budynek na kawałki. Najważniejsza wiadomość: nikt nie ucierpiał. Niestety, po zbieranej w pocie czoła, niezbędnej pomocy, zostały zgliszcza.



– Najgorsza była świadomość, że przyjechaliśmy tu do ludzi z konkretną pomocą i oni jej nie otrzymają – wspomina Ola. Wśród zniszczonych rzeczy były setki opon, generatory prądu, ale też ręcznie robione skarpetki i ciasteczka pieczone przez ludzi dla walczących.
Początkowo nie wiedziała, jak powiedzieć ludziom, że nie dostaną tego wszystkiego, na co czekali. Ku jej zaskoczeniu, Ukraińcy zaczęli ją pocieszać. – Dziewczyno, to są tylko rzeczy. Nikt nie zginął i to jest najważniejsze – mówili. I tak, razem, ramię w ramię, zamiatali szczątki opon terenowych, po których zostały tylko druty zbrojeniowe. Po niemal czterech latach wojny, niektóre sprawy przestają mieć znaczenie, a najważniejszym priorytetem jest ludzkie życie.
Co najbardziej budujące: choć konwój został zniszczony, ostatecznie agresorowi atak się nie udał. Dzięki cudownemu zrywowi ludzkich serc, pomoc udało się odkupić z nawiązką. Ekipa Zupy zebrała o 100% więcej środków, dzięki czemu jakiś czas później mogła pojechać w te same miejsca, do tych samych ludzi i przekazać im dwa razy więcej wsparcia.
Z frontu na Wigilię
Aktualnie Ola jest w Ukrainie, ale wszystko zaplanowała tak, by wrócić do Gdańska w połowie grudnia. Ma przecież do zorganizowania wielką rzecz: Wigilię dla bezdomnych. Jak co roku, wydarzenie ma być piękne i wyjątkowe. – Wigilia Zupy na Monciaku jest w Wigilię, przy pierwszej gwiazdce. Wtedy, gdy ludziom najbardziej potrzeba towarzystwa, a nie siatki z mandarynką. Zachęcamy mieszkańców Trójmiasta, żeby na pusty talerz nałożyli trochę świątecznej potrawy i przyszli do nas na plac. W zeszłym roku wsparło nas 100 osób, które przyniosły domowe jedzenie – opowiada.
W Wigilię, na sopockim Monciaku dzieje się najprawdziwsza, bo pochodząca prosto z serca magia. – Ludzie przychodzą z kawałeczkiem rybki, łyżeczką sałatki, ciastem i sprawiają ogromną przyjemność tym, którzy z rozrzewnieniem trafiają na smak, za którym tęsknili. My, przygotowując Wigilię dla stu osób, nie możemy zrobić wszystkiego. Mamy barszcz i pierogi, ale ta ryba po grecku czy kawałek ciasta sprawiają, że komuś zakręci się łza, bo zjadł to, na co miał ochotę. A ta osoba, która to przyniosła, wraca do domu szczęśliwa – tłumaczy Ola.

Siła Zupy
Zaczęło się od spotkania na przystanku i garnuszka Zupy. Teraz pomagają całe grupy wolontariuszy. Jedni w kuchni, inni na placu, kolejni w magazynie, a jeszcze inni zawsze odbiorą telefon ze spontanicznym pytaniem: – Słuchaj, brakuje mi na jutro kierowcy do Lwowa, pojedziesz? I jadą. Samych wolontariuszy jest kilkudziesięciu.
Przyjaciół Zupa ma dużo więcej. Do nich zwraca się o pomoc rzeczową, z prośbą o rozwiązanie problemów. Udało się stworzyć siatkę dobrych ludzi, którzy odpowiadają na realne potrzeby. Nawet te pozornie nierealne do zrealizowania. To też darczyńcy, którzy wspierają działalność widząc, jak wiele dobra się dzieje. Zarówno pomoc bezdomnym, jak i Ukrainie, to wyjście naprzeciw osobom w potrzebie.
A Ola i jej wolontariusze? Siłę do działania czerpią z dobrych emocji, drobnych gestów i łez wdzięczności. Satysfakcji, gdy generator prądu przywieziony na punkt stabilizacji rannych, pozwala anestezjologowi znieczulać rannych żołnierzy. Z młodych ludzi, którzy gotują razem z nimi i pomagają na placu. Z bezdomnych, którzy cieszą się na ich widok. Ze spotkania z drugim człowiekiem.



O bohaterach
Dziś wstałam rano i ugotowałam… zupę. Zaczynam więc spotkanie. Tym razem w wymiarze duchowym, bo gdy ja opowiadam historię Zupy na Monciaku, moja rozmówczyni jest gdzieś w okolicach Doniecka.
– Magda, proszę, tylko nie rób ze mnie bohaterki. Ja znam bohaterów, spotykam ich na froncie. Siedzą po kolana w błocie pod ostrzałem, wyciągają rannych, usuwają z ludzi odłamki kul – powiedziała na koniec rozmowy Ola. Uszanowałam jej wolę, odłożyłam na bok osobistą ocenę i opowiedziałam Wam historię niezwykłej organizacji, w której wszystko zaczęło się od spotkania. I tym spotkaniem pozostaje do dziś.

Tekst został nadesłany w konkursie Zwykłe szczęście. Lokalne więzi.





