Trzy szczęścia

Reportaż został nagrodzony w konkursie "Oliwa w obiektywie słowa i obrazu" organizowanym przez Fundację RC w ramach projektu Oliwski budżet sąsiedzki Olivii Centre

O ludziach

Siedzi przede mną i się uśmiecha. Ma na sobie granatową bluzę bejsbolówkę. Spod bordowej czapki  z daszkiem spoglądają roześmiane oczy, które wcale nie zdradzają czterdziestki na karku. Majowe słońce mocno już świeci, więc co jakiś czas musi je zmrużyć. Pijemy kawę w ogródku kawiarni „Tu wolno marzyć” na tyłach Ratusza Kultury.  Jest swobodny, mimo że na pierwszą prośbę o spotkanie zareagował zakłopotaniem. Pytam, co go nakręca do działania. 

– Mam taką potrzebę, żeby robić coś dla ludzi. Żeby inspirować, zaiskrzyć i żeby to się dalej toczyło. Niestety nie jest tak, jak mi się wydawało, że puszczę iskrę i ona pójdzie dalej. To jest jednak wielka orka, trzeba cały czas się starać. 

Pochodzi z Augustowa, przyjechał do Gdańska na studia za dwa lata starszą siostrą. Po pięciu latach skończył Pedagogikę na Uniwersytecie Gdańskim, kierunek Resocjalizacja. Znajomy powiedział mu, że jest etat. Zakład Poprawczy w Gdańsku Oliwie szukał nowego wychowawcy. Zgłosił się on i kolega. Michał – spokojny i sporej postury – nawet na moje 180 cm wzrostu patrzy z góry, i Grzesiek – niski, wygadany i znający sztuki walki. Miejsce było jedno. Przypadło w udziale Michałowi. 

– Uważam się za szczęściarza. Dostałem pracę w zawodzie. Pracuję z dzieciakami z poprawczaka już 19 lat. Ta robota daje mi dużo radochy.   To taka misja – pokazać im coś, pogadać z nimi o czymś ciekawym, zainteresować. Może kiedyś coś z tym zrobią. Myślałem, co takich chłopaków może pociągać. Hip-hop, wiadomo. Poprosiłem więc poprzedniego dyrektora, żeby dał nam salę i trochę sprzętu do nagrywania – konsola, perkusja elektroniczna, mikrofon. Chłopaki zaczęli pisać teksty, nagrywać piosenki, teledyski. To było fajne. 

O tym, że ważna jest dla niego muzyka, wspominał kilkukrotnie. Skończył szkołę muzyczną, gra na saksofonie. Po 40 urodzinach zapisał się na dzienne studia licencjackie na UG z wiedzy o filmie. Rytm pracy w poprawczaku dawał takie możliwości. Miał wtedy fazę na kręcenie teledysków i montaż filmowy, więc pomyślał, że liźnie trochę wiedzy teoretycznej. Studiował z 18-20-latkami i miał z tego ogromną frajdę. To w tamtym czasie musiało powstać wspomniane studio muzyczne. 

– Dzisiejsza młodzież jest już inna. Coraz trudniej ich czymś zaciekawić. Kiedyś to była muzyka, piłka nożna, a dzisiaj nie można ich już oderwać od telefonu. W tygodniu mają zakaz korzystania ze smartfonów, więc w weekend cały wolny czas spędzają na scrollowaniu 

Michał na chwilę się zamyśla, pyta, czy może zapalić. Wyciąga z kieszeni cienkie Davidoffy i jednego zapala. Papieros się żarzy, ale po kilku chwilach gaśnie. Kilka razy trzeba go odpalać na nowo. Niedopałek chowa z powrotem do pudełka. 

O Targu

Praca w zakładzie poprawczym to 24 godziny tygodniowo. Wystarczy na chleb, a nie wykańcza jak pełen etat. Zostawia przestrzeń na działania oddolne. Michałowi od dawna marzył się lokalny rynek staroci.

– Główną inspiracją był Hamburg, gdzie mieszkała moja mama. To tam podpatrzyłem te flomarki (pop. Flohmarkt – przypis red.) – magiczne miejsca, gdzie ludzie po prostu się spotykają, przychodzą rodziny z dzieciakami, z termosem. Nie jest to zwykły handel, tylko po sposób na niedzielę, na fajny dzień, rozmowy i spotkania.  Tego miejsca w Gdańsku brakowało. 

– Miałem kiedyś taki epizod wystawiania się na Jarmarku Dominikańskim. Poszliśmy z kumplem, z gitarą i jakimiś duperelkami siedzieliśmy na chodniku i fajnie spędzaliśmy czas. Potem była inicjatywa Sopotello, stworzona na targowisku w Sopocie przez jakieś towarzystwo artystyczne. Zainspirował ich rynek Portobello w Londynie, stąd ta nazwa. Niestety przetrwała tylko dwa lata, ale potencjał był ogromny, nawet Jerzy Połomski wystąpił na rozpoczęciu.  To było połączenie vintage i retro z kultowym miejscem. Ja w tamtym czasie sprzedawałem swoje graty, płyty, różne rzeczy niepotrzebne. Potem pomagałem rozkręcić taki targ koledze, który przyjechał z Olsztyna, gdzie działa do dziś Flohmark Zatorze, i wynajął na Żabiance stadion od GOSiRu.  To jednak nie wypaliło i po  roku kumpel się poddał. 

Kelnerka przynosi nam lemoniadę i espresso. W ogródku robi się coraz gwarniej. Za nami stoi dość brzydki budynek, należący do Cechu Rzemiosł Różnych, który oddziela nas od placu targowego. Michał mówi, że ma być wkrótce wyburzony. Teren za nim, którego dzierżawcą jest Stowarzyszenie Kupców Polanki, obejmuje stylowy zadaszony pawilon  stojący frontem do ulicy Polanki, gdzie codziennie można kupić świeże owoce, warzywa i mięso, oraz przylegający do niego spory plac, ocieniony koronami starych kasztanowców.  Plac w środy i soboty zamienia się w  regularny rynek, na który przyjeżdżają rolnicy z kaszubskich gospodarstw. W pozostałe dni tygodnia plac świeci pustkami. Ale nie w niedzielę.

O Oliwie

Od rozpoczęcia studiów, czyli już ponad połowę życia mieszka w Gdańsku,  dlatego mówi, że czuje się  Gdańszczaninem i Oliwianinem, a nie Augustowiakiem. Pierwsze mieszkanie na kredyt kupił z dziewczyną na Przymorzu. Ale kiedy odkrył Oliwę przez znajomych, zobaczył w niej magiczne miejsce.  Wiedział, że będzie chciał tu osiąść, chociażby na emeryturze.

– Powiedziałem do Aśki – chodź, poudajemy klientów, zobaczymy, jak się żyje w Oliwie. Poszliśmy na oglądanie mieszkania w kamienicy na Kwietnej. Wyszliśmy na taras, dookoła stały rusztowania, bo był remont elewacji, ale jak odsłonił nam się widok na Pachołek, to popatrzyliśmy na siebie i postanowiliśmy, że robimy wszystko, żeby tu wrócić. 

To moje drugie szczęście – tak mówi o Oliwie. Kiedy już zamieszkał naprzeciwko Paszczy Lwa, nie mógł nie spróbować. Przyszedł na rynek i zapytał wprost, czy coś tu się dzieje w niedzielę.  A jeśli nie, to czy może zacząć organizować Pchli Targ. Niedziela była wolna, nikt nic nie robił, dostał zgodę. Założył Stowarzyszenie Młoda Oliwa, pod szyldem, którego zawarł z kupcami z Polanek umowę na prowadzenie Pchlego Targu. W praktyce jest jego jedynym organizatorem.  

– Początki nie były łatwe. Trzeba było się uśmiechać do pustego placu, być na miejscu co tydzień. Teraz, po 11 latach, impreza się rozrosła. Ale nadal sam muszę chuchać i dmuchać, żeby wszystkich zadowolić.

Kiedy to opowiada, dzwoni ktoś z rynku, z uwagami. Dwa tygodnie wcześniej zostały jakieś rzeczy na drzwiach, ktoś nie zabrał śmieci. To drobiazgi, ale nie z perspektywy Stowarzyszenia Kupców Polanki. Dla stowarzyszenia najważniejszy jest porządek i brak problemów. Trudno się dziwić, tworzą go przedsiębiorcy prowadzący swoje sklepiki w pawilonie, w większości niemieszkający w Oliwie. Michał jako organizator jest jedynym odbiorcą uwag i wiernym obrońcą idei Pchlego Targu. 

– Mieszkańcy Oliwy zmieniają się, Odchodzi starsze pokolenie, wprowadza się coraz więcej ludzi młodych, rodzin z dziećmi. Inwestują w te stare kamienice i je ratują. To się chyba nazywa gentryfikacją. Z jednej strony to fajnie, ale z drugiej strony też nie idzie za tym to, na co miałem nadzieję. Że będzie dużo aktywnych ludzi, którym będzie się chciało coś robić. Upatruję w tym zmorę naszych czasów – każdy chce być wygodny, chce mieć swoje prawo, swoją furtkę i oczekuje, że coś mu się poda. Mało jest osób, które w coś się zaangażują. Albo ciężko do nich dotrzeć. 

O życiu

Słońce prześwieca przez młode liście kasztanowców. Różowe kwiaty przypominają, że dopiero co były matury. W cieniu, którym drzewa otulają plac, rozłożyły się kramy z różnościami. Dumnie prezentują się starocie, ceramika ozdobna, akwarele i używane winyle. Niepotrzebne już zabawki oraz biżuteria. Na placu panuje wesoły gwar. Zatrzymuje mnie starszy pan, na oko 90 lat. 

– Droga Pani, proszę nie brać mnie za naganiacza, ale tam na końcu alejki siedzi mój wnuk. Smarkacz z niego, ma dopiero 11 lat i nie wie, co to znaczy pieniądz. Tu wyda 5 złotych, tam pięćdziesiąt, i myśli, że to tak z nieba spada. Więc my z żoną mówimy – ty młody musisz pracy spróbować. I wpadliśmy na pomysł, żeby tu otworzył z naszą pomocą stoisko. Płaci za nie tylko 5 złotych, to można zaryzykować. Ma tam różne ciasta i drożdżówki, no sernika już nie ma, bo poszedł pierwszy. Świeżutkie, żona z córką wczoraj wieczorem napiekły. A żona najlepiej piecze. Jestem z nią już 48 lat po ślubie i jeszcze 10 narzeczeństwa, to wiem, co mówię. Więc jakby Pani mogła tam podejść i zobaczyć, może coś się spodoba. Tylko niech Pani mu nie mówi, że Pani od Dziadka Zbyszka. Niech chłopak uwierzy w siebie.

Idę alejką we wskazanym kierunku. Łapię kontakt wzrokowy z młodym sprzedawcą słodkich wypieków. 

– Pyszna babeczka dla pięknej pani? – pyta się Ignacy, i już wiem, czyj to wnuk. Śmiejemy się oboje. I śmieje się młoda dziewczyna ze straganu obok, i dwie osoby, które mnie mijają. 

Nagle rozmowy przecina głośna muzyka z głośnika. Dobiega ze skutera elektrycznego, który zaparkował właśnie na placu. Zsiada z niego postawny facet. W bejsbolowej bluzie i czapeczce z daszkiem. Macha do mnie i też się śmieje.  To Michał Bojanowski. Przyjechał doglądać swoje trzecie szczęście.

Autorka tekstu: Iwona Rusińska
Autorka zdjęć: Hania Rusińska

Pytanie miesiąca

Czy Twoja organizacja nawiązuje relacje z innymi sektorami?