Ostatni Mistrzowie: ginące zawody wracają do klasy

W czasach, gdy wszystko da się wydrukować, największą wartością znów staje się dotyk: dłoń mistrza nad dłonią ucznia. W Lęborku medale powstają w dialogu pokoleń, w Gdańsku miecznik uczy fizyki równowagi, na Mariackiej bursztyn odzyskuje głos Bałtyku. A na Pomorzu kowal podkuwa konie tak, jak robili to jego dziadkowie. NGO-sy wracają do źródeł — a przy okazji tworzą miejsca pracy i nowy, lokalny brand.

Cisza odlewni

Lębork, ulica Mikołajczyka
W Lęborku, przy jednej z bocznych ulic, stoi niepozorny budynek. W środku — zapach metalu, dźwięk szlifowania, gorąco bijące od pieca. To Odlewnia Metali Kolorowych RAK, miejsce, w którym rodzą się medale i statuetki. Nie te masowe, z katalogu, lecz projektowane z myślą o wydarzeniach, które mają znaczenie dla małych społeczności: lokalnych biegach, szkolnych konkursach, jubileuszach.

Najpierw jest szkic: drżąca kreska dziecka, herb dzielnicy, rękawice bokserskie na turniej w Gdańsku. Potem zapach metalu. Piec, który mruczy w półmroku. I ta chwila, gdy z formy schodzi pierwszy odlew — jeszcze surowy, jeszcze nieoszlifowany, ale już czyjś. Nigdy taki sam jak jego kolejna wersja. Unikalny.

Odlewnia Metali Kolorowych „RAK” w Lęborku specjalizuje się w medalach i statuetkach robionych na zamówienie. Mała pracownia, ale wielkie marzenia klientów: sportowców, szkół, klubów, domów kultury. W ofercie — brąz, mosiądz, alpaka, technika traconego wosku, personalizowane wzory, a nawet patyna i powłoki galwaniczne.

W formularzu zamówień często lądują rysunki wykonane przez dzieci. „Żeby medal wyglądał właśnie tak”. I wygląda.

Lębork nie jest metropolią, ale właśnie dzięki takim pracowniom staje się miejscem z opowieścią. Odlewnia przy zwykłej ulicy to nie tylko zakład usługowy — to nieformalna klasa rzemiosła. Nagrodą bywa nie tylko medal, lecz także poczucie sprawstwa — kiedy własny projekt wraca do nas w metalu, ciężki i prawdziwy „Nie odlewamy tylko metalu. Odlewamy emocje: dumę, wdzięczność, czasem łzy”. — mistrz z odlewni w Lęborku

Każdy medal jest historią — mówi jeden z mistrzów. — Przychodzi tu trener z gminnego klubu sportowego i pokazuje rysunek dzieciaka. Chce, żeby medal na bieg wyglądał właśnie tak. My to odlewamy. To nie jest produkcja, to dialog.

Pod okiem mistrzów powstają nie tylko odlewy, ale też opowieści o tym, że praca rąk jest wartością samą w sobie.

Dla lokalnej społeczności odlewnia to coś więcej niż zakład. To miejsce, w którym można zobaczyć, jak z kawałka metalu rodzi się symbol. To też dowód, że rzemiosło może być marką miejsca — Lębork kojarzy się dziś nie tylko z historią, ale i z medalami, które noszą w sobie dumę miasta.

Miecz, który uczy słuchać

W Gdańsku, w cieniu gotyckich murów, Jan Chodkiewicz znany jako Ensifer hartuje stal. Jego miecze trafiają do pasjonatów szermierki historycznej na całym świecie. Dla niego to jednak nie tylko rzemiosło. To także edukacja — w sali treningowej Fechtschule Gdańsk uczy młodych i starszych sztuki długiego miecza.

Miecz to matematyka — tłumaczy, kładąc broń na stole. — Środek ciężkości, węzeł drgań, krzywizna klingi. To czysta fizyka, tylko że w stali.

Dla jego uczniów to nie tylko lekcja fechtunku, ale i kontakt z mistrzem, który łączy warsztat kowala z pedagogiką. W tym spotkaniu jest coś archetypicznego: mistrz, uczeń, narzędzie. I świadomość, że to, co zanikło w codzienności, wraca w salach fundacji i stowarzyszeń jako żywe doświadczenie.

Ensifer mówi o odpowiedzialności. O tym, że każdy miecz, nawet jeśli jest repliką, uczy szacunku do historii i do drugiego człowieka. — Nie chodzi o walkę. Chodzi o dialog. O pamięć.

Foto Piotr Hukało

Jan, który kuje miecze w Gdańsku od ponad 15 lat, to postać równie fascynująca, co jego płynąca stal. Absolwent historii Uniwersytetu Gdańskiego (2005) początkowo niewiele miał wspólnego z metalem — dopóki nie trafił do kuźni wodnej w Oliwie. Tam malował płoty, bo… nie umiał kuć. To spotkanie z mistrzem Remigiuszem Bystrkiem odmieniło wszystko. Było drobną cegiełką w budowaniu jego rzemieślniczej tożsamości — od czeladnika (2005–2009), przez mistrza zdobniczych wyrobów kowalskich (2013), aż po własną kuźnię przy Mostowej w Gdańsku.

Kariera zaczęła się od dziecięcej fascynacji — w Bieszczadach, z gałęzi leszczyny i kijów, które udawały broń. Potem przyszły drewniane repliki, piankowe miecze, a wreszcie prawdziwa stal, studiowana z podręczników porzuconych przy Politechnice Gdańskiej. Dziś tworzy repliki średniowiecznej białej broni — federy, kordy, szable, a nawet miecze używane w grze „Wiedźmin 3” — jego ostrze służyło do motion capture dla kaskadera w CD Projekt RED.

Proces wykuwania trwa cały tydzień: od podgrzania do 1100°C, przez odkucie, prostowanie, profilowanie, obróbkę cieplną, aż po ręczne szlifowanie i testy na giętkość i sprężystość.

„Kowal jak rzeźbiarz kształtuje w ogniu stal… decyduje, jak broń się zachowa w powietrzu, czy świszcze…” — mówi Chodkiewicz

Jego uczniowie i klienci cenią go za jakość i pasję. Jeden z nich napisał:

„If you need a sword, I highly recommend an Ensifer… his swords are an incredible deal for quality craftsmanship…” (tłum. Jeśli potrzebujesz miecza, gorąco polecam Ensifera… jego miecze to niesamowita okazja, biorąc pod uwagę jakość wykonania)

Chodkiewicz to nie tylko rzemieślnik, ale i edukator. Od 2002 roku prowadzi kuźnię i szkołę Fechtschule Gdańsk. Wykuwa miecze treningowe dla szkół HEMA na całym świecie — od USA po Australię. Na własnej stronie prezentuje broń, którą sam testuje. Z jego ostrzy korzystali twórcy seriali historycznych i gier. W kuźni na Mostowej, gdzie nie słychać muzyki, tylko młotek i oddech, powstaje broń, która nie zabija — lecz uczy.

Jeden z uczniów, Marek, 16 lat, zaczynał od nerwowego przestępowania z nogi na nogę. Dziś potrafi z szacunkiem kłaniać się partnerowi i mówić „proszę”. Po treningu zostaje chwilę dłużej, by zapytać trenera o fizykę drgań i punkt równowagi klingi. Mówi: „Miecz mnie porządkuje”. I nie chodzi tylko o trening. Chodzi o życie.

Złoto Bałtyku

Gdańsk, Mariacka i Wyspa Sobieszewska
Na plaży na Wyspie Sobieszewskiej dzieci w siatkach łowią bursztyny. Starsi pokazują, jak „czytać morze”: gdzie pas wodorostów, gdzie odpływ, jak pachnie wschodni wiatr. Potem cała grupa przenosi się do Amber Miraculum na Mariackiej, gdzie bursztyn wita ich z wystaw.

Warsztaty zaczynają się od wspomnień: ktoś mówi o pierścionku babci, ktoś inny — o naszyjniku przywiezionym z Jantaru. Potem szlifują, polerują, uczą się oprawy i pracy z pyłem bursztynowym w duchu „zero waste”.

„Bursztyn to nie kamień. To zatrzymany czas — z igłą sosny, z muszką, z oddechem morza” — mówi Katarzyna Michalska, z bursztynem związana jest od ponad dziesięciu lat.
„Moja przygoda zaczęła się w sposób niemal romantyczny. W trakcie wieczornego spaceru nadbałtycką plażą spotkałam poławiacza bursztynu, który zaszczepił we mnie miłość do tego „złota północy”. Od tamtej pory bursztyn nadaje kierunek moim działaniom”.

Foto z archiwum Katarzyny Michalskiej

W sali warsztatowej Zuza i jej tata, 42 i 66 lat, wybierają najcieplejszy bursztyn. Dla mamy. Na urodziny. Tata trzyma kamień z wielką delikatnością. Łza nie potrzebuje komentarza. Ten bursztyn zamknie wspomnienie wspólnych spacerów sprzed lat, śmiechu przy falach i chwili, gdy dziecko trzymało go za rękę.

Amber Miraculum pokazuje, że rzemiosło może być zero waste. Pył bursztynowy wykorzystują do biżuterii i naturalnych mydeł. To lekcja ekologii spleciona z tradycją. W efekcie powstają nie tylko piękne przedmioty, ale też nowe miejsca pracy i produkty, które promują Gdańsk na świecie.

Warsztaty bursztynowe stały się hitem dla szkół i rodzin. To doświadczenie dotyku, zapachu, blasku — wszystkiego, co zatrzymuje czas i przywraca poczucie więzi.

Podkuwacz, który czyta końskie stawy

Pomorze, okolice Chojnic
Mateusz Szczęsny — podkuwacz w trzecim pokoleniu. Jego dziadek kuł konie na wojnie, ojciec — na pokazach. On sam — dla sportowców i koni ze schronisk. Kiedy koń kuleje, nie dzwoni się po weterynarza — tylko po Mateusza.

Foto: archiwum własne Mateusz Szczęsny

Przyjeżdża w siódmym roku pandemii grzybic kopyt i złych nawierzchni. Mierzy, dotyka, ogląda. Podkuwanie to dla niego sztuka czytania — stawu, mięśnia, charakteru zwierzęcia. Na warsztatach pokazuje młodzieży, że tu nie chodzi o siłę, ale o uwagę. Podkuwanie konia to nie praca — to relacja.

„To nie młotek robi podkowę. Tylko oko i cierpliwość. Koń wie, komu może zaufać”. — Mateusz Szczęsny

Cztery portrety 

1) Pani Jadwiga, lat 72, była technolożka. W klubie bokserskim BTT trzyma w dłoni chłodny krążek. „Dziś mój wnuk dostanie taki sam za walkę na ringu. Chyba zrozumie, że ktoś to zrobił — że rzeczy się nie biorą znikąd”. W jej głosie słychać spokój człowieka, który przeszedł przez życie z uważnością. Wzruszenie przychodzi później, kiedy wnuk pójdzie po nagrodę, a ona wyjmie z torebki chusteczkę.

2) Marek, 16 lat. Nieśmiały, w kurtce za dużej o numer. W Fechtschule pierwszy raz mówi „proszę” do partnera sparingowego. Po godzinie treningu jego krok jest sprężysty, dłonie mniej nerwowe. „Miecz mnie porządkuje” — powie cicho trenerowi. I zacznie pytać o fizykę. (Nie, nie o oceny. O to, czy drgania mają „miejsce, gdzie znikają”). 

3) Zosia i jej tata, 42 i 66 lat. Na plaży śmieją się jak dzieci — pierwszy raz razem polują na bursztyn. W pracowni przy Mariackiej wybierają najcieplejszą barwę. „To dla mamy, na urodziny”. Łza w oku taty nie wymaga komentarza. Bursztyn zatapia nie tylko igły i owady — zatapia też pamięć o ludziach

4) Marcin i jego koń w końcu odchodzą razem. Zwierzę znów może swobodnie się poruszać — po założeniu podków ból ustąpił, a chód stał się pewny.

Rola NGO 

To właśnie stowarzyszenia i fundacje sprawiają, że mistrzowie nie zostają sami w swoich pracowniach. Organizują kursy dla dorosłych, koła zainteresowań dla szkół, międzypokoleniowe warsztaty. Tworzą przestrzeń, w której rzemiosło staje się narzędziem edukacji, integracji i rozwoju lokalnego.

Dzięki nim odlewnia może współpracować ze szkołą, miecznik — z młodzieżowym klubem sportowym, a bursztynnicy — z seniorami. NGO-sy potrafią też pozyskać fundusze, które czynią to wszystko możliwym: granty, mikrodotacje, programy rządowe.

Efekt? Nie tylko zachowane ginących zawodów, ale też nowe marki lokalne, produkty turystyczne i miejsca pracy w ekonomii społecznej.

Epilog. Co zostaje w dłoni

Kiedy po walce dziecko odbiera medal, a obok uśmiecha się pani Jadwiga — wiesz, że udało się coś więcej niż projekt i budżet.
Kiedy Marek kłania się partnerowi z mieczem w dłoni — wiesz, że stal nauczyła go słuchać.
Kiedy ktoś na Mariackiej cicho mówi „dla mamy” — wiesz, że bursztyn naprawdę zatrzymuje czas.„Ostatni mistrzowie” nie stoją w gablotach. Żyją obok, w pracowniach z oknami na ulicę. A NGO-sy i fundacje, które ich łączą z dziećmi, dorosłymi i seniorami, zszywają miasto: nić po nici, blask po blasku, dłoń nad dłonią. I to jest cała sztuka.

  • Od lat łączy świat biznesu i działań społecznych – z jednej strony budując procesy i zespoły, z drugiej – wspierając młodzież, kobiety i osoby w kryzysie. Tworzy projekty, w których sport, psychologia i wspólnota dają ludziom siłę do zmiany. W klubie Brzostek Top Team tworzą przestrzeń, w której można nie tylko trenować ciało, ale też odbudować pewność siebie i relacje z ludźmi. Wierzy, że niemożliwe nie istnieje.

Pytanie miesiąca

Czy rozumiesz pojęcie odporność społeczna?