Sektor społeczny jest przede wszystkim pojęciem szerszym niż sektor pozarządowy. Organizacje pozarządowe (NGO) to formalnie zarejestrowane podmioty (fundacje, stowarzyszenia) niedziałające dla zysku, niezależne od władzy. Organizacja społeczna to szersze, często potoczne pojęcie, obejmujące również związki zawodowe, samorządy zawodowe czy organizacje spółdzielcze. Od lat trwają dyskusje nad temat ujednolicenia znaczenia, także w prawodawstwie (po więcej informacji odsyłam do tekstu Piotra Frączaka https://proste.ngo/organizacje-spoleczne-czy-pozarzadowe/).
I tu nie mogę się powstrzymać przed zamieszaniem w kotle jeszcze bardziej, bo…
jeśli spojrzymy na nazewnictwo używane poza Polską, to bardzo często pojawia się (w kontekście naszej branży) słowo social. Odnosi się ono zarówno do tego, co u nas tłumaczymy jako “społeczne”, jak i jako socjalne. Tymczasem w języku polskim ta różnica jest dość wyraźna. Społeczny odnosi się do relacji, struktur i zjawisk w społeczeństwie – to pojęcie szerokie. Mówimy o ładzie społecznym, postawach społecznych, pracy społecznej, mediach społecznościowych, strukturze społecznej.
Socjalny dotyczy natomiast warunków bytowych, zabezpieczenia materialnego i systemów pomocy. Stąd pomoc socjalna, lokal socjalny, pakiet socjalny, pracownik socjalny czy ubezpieczenie socjalne. Niby drobna różnica językowa, a jednak znaczeniowo robi dużą robotę.
Druga sprawa: dlaczego w ogóle „trzeci”? Skąd to się wzięło?
Koncepcja trzeciego sektora (ang. third sector) wywodzi się z krajów anglosaskich i funkcjonuje globalnie jako jeden z modeli opisu społeczeństwa obywatelskiego. W tym ujęciu: pierwszy sektor to państwo i administracja publiczna; drugi sektor to rynek – biznes i przedsiębiorcy, trzeci sektor to organizacje pozarządowe.
NGO-sy w odróżnieniu od instytucji publicznych, ale podobnie jak firmy – są prywatne i powstają z inicjatywy osób prywatnych. Z kolei – w odróżnieniu od biznesu, a podobnie jak państwo – działają w interesie publicznym, a nie dla prywatnego zysku.
Co ciekawe, w ramach Unii Europejskiej organizacje pozarządowe są uznawane za drugą (po organizacjach biznesowych) najbardziej skuteczną grupę, jeśli chodzi o wpływ, rzecznictwo i oddziaływanie na obywateli1.
No to jak w końcu?
Może powinniśmy być drugim sektorem?
Albo w ogóle pierwszym?
Czy bycie „trzecim” oznacza słabszą pozycję?
Mówienie o organizacjach pozarządowych jako „trzecim sektorze” faktycznie może budzić mieszane skojarzenia. Z jednej strony trójka ma bardzo pozytywną symbolikę, bo oznacza równowagę, dopełnienie i rozwiązanie napięcia między dwoma biegunami. W tym sensie sektor pozarządowy jest tym, który łączy: państwo i rynek, interes publiczny i prywatny, system i człowieka. Bez tej trzeciej „nogi” cała konstrukcja po prostu się chwieje.
Z drugiej strony w potocznym myśleniu „bycie trzecim” brzmi jak słabsza pozycja. Z perspektywy podium liczy się zwycięzca, a trzecie miejsce bywa odbierane jako porażka, zwłaszcza przez tego, kto liczył na złoto.
Jednak…
Dla kogoś stojącego na podium trzecie miejsce może być rozczarowaniem. Ale dla obserwatorów stojących poza podium, sam fakt znalezienia się w czołówce budzi podziw. W tym sensie trzeci sektor nie jest „gorszy”. Jest tym, który w ogóle jest na podium i bez którego cała rywalizacja traci sens.
To napięcie między „byciem trzecim” a „byciem niezbędnym” bardzo dobrze oddaje rzeczywistość sektora pozarządowego: mniej widocznego niż władza i biznes, ale kluczowego dla równowagi, sensu i społecznego zaufania.
W każdym razie jedno jest pewne: przeciętny Kowalski, czyli ktoś niezwiązany zawodowo z naszym środowiskiem, często nie ma pojęcia, że istnieją jakieś sektory, co znaczy „pozarządowy” i co oznacza skrót NGO.
Być może spośród tych wszystkich określeń „non profit” jest najbardziej zrozumiałe, o ile zna się angielski.
Bo my, jako branża, mówimy do ludzi trudnym językiem. Językiem grantów, regulaminów i projektów. Żyjemy w swojej bańce. Także lingwistycznej.
Może więc pora tę bańkę przebić. I trochę uprościć nasz świat, by był odbierany po ludzku.
Które określenie najlepiej oddaje nasz sektor? Czy mówienie o „trzecim sektorze” kojarzy się pozytywnie, czy raczej jako słabsza pozycja? Jak możemy uprościć język sektora, żeby był zrozumiały dla przeciętnego odbiorcy, nie tracąc sensu działań?
Magda Dobranowska-Wittels – dziennikarka, redaktorka naczelna działu publicystyka w portalu organizacji pozarządowych ngo.pl
W dzisiejszym świecie często poszukujemy prostych, jednoznacznych odpowiedzi. „Tak” lub „nie”. „Białe” lub „czarne”. Takie postrzeganie rzeczywistości z jednej strony ją upraszcza (co jest kuszące i może być korzystne), a z drugiej – pozbawia niuansów, które pozwalają ją lepiej tłumaczyć i zrozumieć (co jest już mniej korzystne). Otaczający nas świat bowiem nie jest ani tak jednoznaczny, ani czarno-biały. Na szczęście język polski jest niezwykle bogaty – daje wiele możliwości adekwatnego nazwania tego, co widzimy w taki sposób, by pokazać wszystkie blaski i cienie, i uwypuklić to, co dla nas szczególnie ważne lub czego się wystrzegać.
Podobnie jest z określeniami, o które pyta Magda Jabłońska. Nie umiem powiedzieć, które z nich „najlepiej oddaje nasz sektor”, ponieważ każde niesie inne, ważne, znaczenia i wartości. A bez nich opis naszego środowiska, działań, idei, które za nimi stoją – byłby niepełny.
Mówiąc o sobie „organizacje pozarządowe” lub „organizacje non profit” (czy non for profit) podkreślamy to, czym nie jesteśmy – nie jesteśmy (przynajmniej w teorii) częścią administracji rządowej i nie jesteśmy częścią biznesu nastawionego na przynoszenie zysku. I w niektórych sytuacjach takie pozycjonowanie wystarcza, a nawet jest konieczne. Ale czy tożsamość środowiskową można budować jedynie na tym, czym się nie jest? Nie jesteśmy rządem, nie jesteśmy biznesem, to czym jesteśmy?
Mówiąc o „trzecim sektorze”, wpisujemy się w rzeczywistość opartą na tym, co publiczne i na tym, co prywatne, będąc równocześnie tym, co może być jednocześnie publiczne i prywatne, zachowując obszar niezależności zarówno od jednego, jak i od drugiego. To już jest jakaś odpowiedź, kim lub czym jesteśmy, chociaż – zgadzam się – nie zawsze zrozumiała.
A język służy przecież do komunikacji. Najważniejsze, aby był zrozumiały, niósł treści, które mają znaczenie dla odbiorców i odbiorczyń. Nie dążyłabym jednak do generalnego uproszczenia naszego języka, ponieważ byłoby to zadanie tyleż trudne do przeprowadzenia, co nie całkiem mądre. Każda branża ma „swój” język, slang, dzięki któremu łatwiej i szybciej się dogaduje sama ze sobą. Ci wszyscy beneficjenci, budżety, projekty, programy, oferty na realizację zadań publicznych, rozliczenia za rezultaty, sprawozdania, bilanse, trzeci sektor itd. Gdybyśmy nie mieli tych „naszych”, wspólnych pojęć, nierzadko trudno byłoby się porozumieć, a co dopiero współpracować.
Ale to nie znaczy, że tego samego, hermetycznego wszakże, języka mamy używać zawsze, tylko i wszędzie. Kilka lat temu, uczestnicząc w kampanii „Organizacje społeczne. To działa”, braliśmy udział w badaniu, które miało pomóc w znalezieniu odpowiedzi na pytanie, jak ludziom – niezaangażowanym w działalność stowarzyszeń i fundacji – opowiadać o tym, co te fundacje i stowarzyszenia robią. W czasie badania zorganizowano m.in. grupy fokusowe i pytano różne osoby, z czym kojarzą im się takie pojęcia, jak „pozarządowe”, „społeczne”, „NGO”, „trzeci sektor”, „non profit” itd. Poza „organizacje pozarządowe” i “społeczne” cała reszta była niezrozumiała. Z czym zaś kojarzą się te dwa? Pozarządowe z rządem i polityką. Społeczne – z ludźmi, czymś, co jest blisko, co jest oddolne.
W portalu ngo.pl wyciągnęliśmy z tego praktyczne lekcje: jeśli chcemy, aby nasze treści trafiały do osób, które być może w jakimś stopniu i czasem interesują się wybranymi obszarami spraw społecznych, ale nie śledzą ich zawodowo, nie wchodzą w branżowe zawiłości, ani regularnie nie uczestniczą w działaniach z nimi związanych – wtedy mówimy do nich o organizacjach społecznych. A gdy chcemy, aby to, co mamy do przekazania trafiło przede wszystkim do ludzi z branży, a dodatkowo powinno być zgodne np. z nomenklaturą prawną – wtedy możemy sobie „pozwolić na więcej” i nie stronimy od organizacji pozarządowych.
Nie mam zatem złotej rady, jak uprościć język sektora, żeby był zrozumiały dla przeciętnego odbiorcy, nie tracąc sensu działań. Za każdym razem trzeba przede wszystkim zastanowić się, kto jest tym odbiorcą lub odbiorczynią, co chcemy jemu, jej powiedzieć i – to może najistotniejsze – jakiej reakcji od nich oczekujemy? Inaczej będziemy mówić do matki, którą chcemy namówić, aby zgodziła się posłać dziecko na zajęcia do świetlicy prowadzonej przez nasze stowarzyszenie, inaczej do właściciela hurtowni owoców, od którego chcemy dostawać jabłka na podwieczorek dla tych dzieci, a jeszcze inaczej będziemy rozmawiać z urzędniczką, która prowadzi naszą umowę na realizację zadania publicznego (prowadzenie świetlicy środowiskowej) w urzędzie gminy. Za każdym razem będzie to inna opowieść. I za każdym razem o tej samej organizacji społecznej.
Tomasz Schimanek – Polityk społeczny, ekspert Akademii Rozwoju Filantropii w Polsce, wieloletni trener i doradca NGO oraz administracji publicznej, autor i współautor publikacji o funkcjonowaniu trzeciego sektora.
Nie mam tu jednoznacznej odpowiedzi, choć mam pewną sugestię zawartą w odpowiedzi na trzecie pytanie. Trudno bowiem znaleźć złoty środek w tym chaosie pojęciowym, którego przyczyny pokazane są w tekście. A do tego dochodzi jeszcze jeden czynnik komplikujący sytuację: powszechnie obowiązujące prawo. Co prawda, definiuje ono pojęcie organizacji pozarządowej, ale z jednej strony cały czas używa takich określeń, jak organizacja społeczna czy organizacja o charakterze niekomercyjnym, a z drugiej wprowadza nowe określenia, takie jak podmiot ekonomii społecznej.
Z punktu widzenia obywatelek i obywateli najbardziej rozpoznawalne jest, jak przypuszczam, określenie organizacja społeczna albo po prostu fundacja czy stowarzyszenie. Z punktu widzenia państwa, a także w części samych organizacji, oczywiście znaczenie mają pojęcia definiowane prawnie, czyli organizacja pozarządowa czy podmiot ekonomii społecznej. Nie myślę, że ta „trójka” oznacza coś gorszego, problem raczej polega na tym, że dla większości ludzi nic nie oznacza. Przeciętna Polka czy przeciętny Polak nie rozumie określenia trzeci sektor i jeżeli je gdzieś usłyszy bez dodatkowych wyjaśnień, to raczej nie skojarzy go z lokalnym stowarzyszeniem czy fundacją. No bo co ta „trójka” oznacza? Drugi argument za nieużywaniem pojęcia trzeci sektor jest taki, że nie jest ono adekwatne do dzisiejszego świata, który wyraźnie zaczyna wychodzić poza dwudziestowieczny podział na pierwszy sektor, czyli państwo, drugi, czyli gospodarkę i trzeci, czyli organizacje pozarządowe. A stąd wynika właśnie ta „trójka”.
Być może próbą rozwiązania tego zamieszania pojęciowego byłoby używanie określenia sektor społeczny. Nie jest ono może precyzyjne, ale powinno być pozytywnie kojarzone przez większość ludzi i to kojarzone właściwie, czyli z różnymi organizacjami, w tym także tymi, które zgodnie z prawem określane są jako pozarządowe. A opisując ten sektor, proponuję używać określeń odpowiadających konkretnym formom prawnym, takich, jak stowarzyszenia czy fundacje. Są one rozpoznawane, zarówno przez społeczeństwo, jak i przez państwo.
Łukasz Murawski – ekspert w zakresie budowania marki i brandingu, wykładowca akademicki, trener i strateg marki
Jeff Buckley śpiewa, że „Three is a magic number”. Tak właśnie – 3 to magiczna cyfra. Jeśli się uważnie rozejrzysz, to zobaczysz, że nasz opis świata bazuje w dużej mierze na trójpodziałach. „Całość to coś, co ma początek, środek i koniec” – pisał Arystoteles w Poetyce. W trzeciej swojej książce pt. „Narratologia” Paweł Tkaczyk podkreśla, że cyfra 3 ma dla nas znaczenie symboliczne: „O ile dwójka dzieli świat niczym rzeka rozdzielająca miasto na lewobrzeżne i prawobrzeżne, o tyle trójka jest spoiwem – dwie linie proste nigdy nie zamkną przestrzeni, potrzebna jest do tego trzecia”.
Prezentacja ma wstęp, początek i zakończenie. Tego uczą też w szkole.
Aby stół mógł stać, potrzeba przynajmniej trzech nóg. Istnieją trzy podstawowe stany skupienia, a świat postrzegamy jako mający trzy wymiary. Jest przeszłość, teraźniejszość i przyszłość.
Odliczanie do startu najczęściej brzmi: 3, 2, 1 – start.
Trójka sama w sobie nie jest ani zła, ani dobra — dopóki nie przypiszemy jej znaczenia i nie sprawimy, że będzie postrzegana w określony sposób, zarówno przez innych, jak i przez nas samych (czyli NGO).
Czy ta „trójka” w ogóle jest potrzebna? Zwróćmy uwagę, że tylko organizacje pozarządowe są opisywane z użyciem cyfry trzy. Same też tak o sobie mówią.
Nie przypominam sobie, aby w ten sposób mówiło się o firmach czy innych podmiotach. Nie kojarzę również firm, które w logo lub nazwie podkreślają swoją formę, używając słowa „firma”. Organizacje pozarządowe robią to z upodobaniem, które nie zawsze jest dla mnie zrozumiałe.
Zmiana powinna zaczynać się od wewnątrz. Nawet jeśli świat postrzega nas (trzeci sektor) inaczej, niż byśmy sobie tego życzyli, naszym zadaniem jest to zmienić.
W trójkącie równobocznym brak jednego boku powoduje upadek całej konstrukcji. Każdy bok jest równy i jednakowo ważny. W rzeczywistości jednak ten „trzeci” bok taki nie jest — a to przecież niezgodne z logiką i z nauką.
Dlatego sugerowałbym odliczyć: 3, 2, 1…i zmienić obecną sytuację w taką, w której trójkąt jest równy, a nie kopnięty.
- https://pl.wikipedia.org/wiki/Organizacja_pozarz%C4%85dowa ↩︎





