Nasycenie momentu

Człowiek to istota doskonała. Klara Mirecka rozmawia z Magdaleną Kadzińską o spotkaniu, równowadze potencjałów i zaufaniu - do siebie oraz drugiego człowieka.

Klara Mirecka: W poprzednim numerze Pomostu pisałaś o relacji z samym sobą, o samoświadomości jako fundamencie pracy pomocowej. Dziś dbanie o siebie i stawianie granic to bardzo popularny temat. Czy nie masz wrażenia, że w tej chęci ochrony własnego komfortu bardziej budujemy mury, które zamiast chronić, izolują nas od kontaktu z innymi? Gdzie kończy się dbanie o siebie, a zaczyna lęk przed drugim człowiekiem?

Magdalena Kadzińska: Zauważyłam, że w psychologii istnieje termin „relacja”, ale zapominamy o czymś, co ja nazywam „spotkaniem”. Relacja to jest proces, coś, co budujemy w czasie, ale wszystko zaczyna się od tego pierwotnego punktu styku. Spotkanie to ten ułamek sekundy, w którym, czy to werbalnie, czy online, po prostu się ze sobą przenikamy.

Dla mnie granica to jak mur wokół zamku. Kiedy stawiasz mur, to podświadomie prowokujesz drugą stronę, żeby sprawdziła, co jest za tym murem. Ja widzę granice inaczej, jako świadomość własnego pola. Jeśli ja jestem osadzona w sobie, w swoim „core”, to nie muszę walczyć o przestrzeń, ja nią po prostu emanuję. W relacjach często boimy się konfrontacji, więc używamy „dbania o siebie” jako tarczy. A przecież jesteśmy naczyniami powiązanymi. Prawdziwa samoświadomość pozwala wejść w spotkanie bez zbroi. Wtedy nie musisz stawiać muru, bo Twoja obecność, Twój „core”, same naturalnie określają jakość kształtu, którym emanujesz. Wtedy to, co powstaje między nami, zawsze jest o „nas”, a nie tylko o „tobie”.

Zatrzymajmy się przy tym „spotkaniu”. Czy uśmiech w kolejce w sklepie, w kawiarni, to już budowanie czegoś wspólnego?

Zdecydowanie tak. Ja wierzę w chemię między ludźmi, która dzieje się na poziomie niemal biologicznym i energetycznym. Wyobraź sobie, że każdy z nas nosi w sobie pewien ładunek, taką „kulę energii”. Ktoś przychodzi z czarną kulą, bo jest w lęku, w stresie, ma za sobą trudny poranek. Ty masz kulę jasną, różową, jesteś w relaksie. W momencie spotkania te kule się stykają. I teraz dzieje się kluczowa rzecz: czy my zaczniemy ze sobą walczyć? Czy ja będę chciała Cię na siłę „naprawić” i przekonać do mojego koloru, czy może moja obecność pozwoli Twojej czarnej kuli po prostu się rozpuścić?

Budowanie społeczności zaczyna się od odwagi, by nie bać się tego styku. My się nieustannie „próbujemy”, badamy grunt, sprawdzamy, na ile ta druga osoba jest bezpieczna. Jeśli potrafimy wejść w to spotkanie bez udawania, bez zakładania masek ekspertów czy liderów, to powstaje nowa jakość. Często jednak wolimy uciec w rolę, bo umysł nam podpowiada, że tak jest bezpieczniej. 

Ale jakby nie patrzeć, to wchodzimy w różne role: lidera, opiekuna, matki. Jak być wiernym samemu sobie?

To jest kwestia identyfikacji. Dużo mówi się w organizacjach o identyfikacji marki, a ja zapraszam do czegoś odwrotnego: do zdejmowania tej identyfikacji. Z jednej strony mówię, że wszystko jest jednością, a z drugiej, że zawsze chodzi o nas. To może brzmieć jak sprzeczność, ale nią nie jest, bo mówię o różnych warstwach.

Mamy warstwę fizyczną, mentalną, emocjonalną i duchową. Na poziomie mentalnym umysłowi zawsze chodzi o „mnie”. Rozum chce bronić swojego terytorium, mojego wizerunku. Ale jeśli popracujesz nad zdjęciem tej identyfikacji, jeśli zrozumiesz, że nie jesteś tylko swoją rolą lidera czy swoją opinią, to zaczynasz widzieć świat z innej perspektywy. Z metapozycji.

Bycie wiernym swojemu core oznacza, że Twoje wartości są stałe, niezależnie od roli. Jeśli moją wartością jest szacunek, to będę go miała dla osoby sprzątającej i dla prezesa. Nie dlatego, że tak wypada, ale dlatego, że to jest moja podstawa. Jeśli jesteś nieświadomym siebie wahadłem, to znaczy, że Twoja identyfikacja jest przyklejona do tego, co na zewnątrz, a nie do tego, co wewnątrz.

Jeśli popracujesz nad zdjęciem tej mentalnej „nakładki”, zrozumiesz, że wynik relacyjny, jaki tworzysz z innymi, też jest o Tobie, ale na znacznie głębszym poziomie niż ego. Bycie wiernym swojemu „core” oznacza, że Twoje wartości są stałe, niezależnie od tego, czy akurat zarządzasz wielkim zespołem, czy stoisz w kolejce w sklepie. Kiedy znasz swój rdzeń, role stają się tylko narzędziami, które zmieniasz zależnie od potrzeb, ale Ty i Twoje wartości pozostają niezmienne. 

W pracy społecznej często mamy poczucie, że musimy być wszędzie, pilnować każdego szczegółu, bo inaczej wszystko się zawali. Jak z Twojej perspektywy wygląda liderstwo?

To jest ta klasyczna „Zosia Samosia”. To można porównać do gry planszowej. Kiedy jesteś na planszy, bezpośrednio między pionkami, całkowicie tracisz perspektywę. Wydaje Ci się wtedy, że musisz osobiście wszystkim się zająć, dopilnować każdego ruchu, żeby system w ogóle działał. To generuje ogromne napięcie, które przenosi się na cały zespół. Podczas spotkań z przedsiębiorcami, dyrektorami firm, szkół, czy liderami zachęcam do wejścia na kolejne piętra.

Widok „z góry” pozwala zobaczyć całość układu. Z tej perspektywy nagle dostrzegasz, że wcale nie musisz być we wszystkich miejscach naraz. Widzisz, kto ma jaki potencjał i komu możesz z pełnym zaufaniem delegować konkretne zadania. To jest umiejętne rozdzielanie zadań między ludzi, którzy dzielą z Tobą podobne wartości. Lider, który patrzy z lotu ptaka, ma możliwość poruszania się w górę, w dół, w bok itd., ale w tym poruszaniu kieruje się zaufaniem. Widzi, że jeśli każdy będzie na swoim miejscu, realizując swój potencjał, to całość będzie płynąć harmonijnie. To jest wyjście z paradygmatu kontroli do paradygmatu współdziałania. Nie musisz robić wszystkiego sama, jeśli pozwolisz innym zaistnieć.

A co z wyzwaniami technologicznymi? Często traktujemy Sztuczną Inteligencję jako zagrożenie dla naszej autentyczności i intuicji w relacjach. Jak Ty na to patrzysz?

Dla mnie AI to przede wszystkim test dla ludzkości, ale taki ciekawy test. To nie jest zagrożenie zewnętrzne, to lustro, w którym odbija się nasza kondycja. Uważam, że my – ludzie, jesteśmy doskonali. Nasz potencjał, nasze ciała, nasze umysły są zaprojektowane w sposób genialny. Przecież coś jest tworzone na nasz wzór! 

Jestem wzruszona właśnie tym, że jesteśmy w dobie wszelakich możliwości. Nawet takich, jak stworzenie potencjalnego robota-mikroczłowieka, to są też możliwości medyczne, robienie przeszczepów, to jest cudowny postęp dla chirurgii i innych kierunków. Fascynujące jest też to, że możemy zająć się tworzeniem, a nie kopiowaniem. Wiem, że za tym idą zmiany zawodów, ale to jednocześnie zaprasza nas do ewolucji kompetencyjnej.

A my nie dajemy sobie zaufania do swojego ciała, do regeneracji, do potencjału umysłu, który jest tak dobrze zaprogramowany. Wydaje mi się, że my po prostu nadal nie rozumiemy funkcji naszego jestestwa tutaj, jako człowieka, że każdy narząd, ciało, wzrok, mental, emocje, to wszystko jest po coś. 

Przez lęk mamy odwrotną percepcję. My dążymy do ochrony, do budowania struktur, które mają nas zabezpieczyć przed życiem, zamiast po prostu pozwolić sobie żyć. 

Skupiamy się na tym i przez to przestajemy widzieć, co już posiadamy. AI to zaproszenie do docenienia, do tego, abyśmy dostrzegli, że jesteśmy doskonali. I mimo tego, że sztuczna inteligencja szybciej się uczy, to my mamy jednak ten pierwiastek świadomościowy, refleksyjny. 

W swoim tekście wspomniałaś też o tym, że trzeba umieć się zatrzymać. To brzmi jak recepta na wypalenie, ale czy w świecie projektów i goniących terminów jest to w ogóle możliwe?

To nie tylko możliwe, to konieczne, by zachować zdrowie psychiczne. Chodzi o umiejętność wejścia w poziom neutralności. Kiedy gubimy się w biegu, nasz umysł pracuje wyłącznie w trybie „dowieźć zadanie za wszelką cenę”. To generuje toksyczne napięcie. Zauważyłam na własnym przykładzie, że kiedy w pewnym krytycznym momencie powiedziałam sobie szczerze: „wszystko jest na swoim miejscu”, moje ciało natychmiast fizycznie odpuściło. To pokazuje, jak potężny wpływ ma nasz stan mentalny na całą fizjologię.

To też jest kwestia nie kolokwialnego „tu i teraz”, ale umiejętnego nasycenia się, wysycenia tego momentu, czyli implikowania odpowiednich proporcji działań.

Jeżeli lider jest w stanie nasycić chwilę swoją obecnością, zamiast tylko wybiegać myślami w przyszłe raporty, to zmienia się energia całego otoczenia. Zaufanie do tego, że wszystko się może wydarzyć i że na wszystko znajdzie się rozwiązanie, daje niesamowitą wolność. Wydaje mi się, że najbardziej samotni są ci, którzy po prostu nie czują przepływu życia w sobie, bo zamknęli się w mentalnej tożsamości ofiary, cierpiętnika czy w autodestrukcji pod przykrywką dążenia do sukcesu. Aby to zmienić, trzeba przejść przez pewnego rodzaju śmierć. Mentalną śmierć starej tożsamości, by mogło narodzić się to „razem”, o którym rozmawiamy.

Śmierć tożsamości brzmi radykalnie, zwłaszcza w sektorze NGO, gdzie bycie „pomagaczem” to często nasz podstawowy fundament.

Bo to jest najtrudniejszy krok – opuścić tożsamość, która daje nam nie zawsze właściwe poczucie sensu. Przestaję być tą osobą i zaczynam godnie żyć, mam świadomość, że mam do tego prawo. Prawdziwe spotkanie zaczyna się tam, gdzie nie musisz być „kimś” dla kogoś. Spotykasz się z drugim człowiekiem jako dwa potencjały. Jestem tu, widzę Cię, nie oceniam i nie próbuję Cię naprawiać na siłę. 

Na koniec chciałabym wrócić do Twojej myśli o potencjale. Powiedziałaś, że chcemy się chronić, a nie pozwolić sobie żyć. Co to właściwie znaczy w kontekście budowania więzi?

Skupiamy się na tym, czego nam brakuje, albo co możemy stracić, zamiast zobaczyć to, co już mamy. Nasz potencjał ma swój określony kształt. Budowanie relacji to dzielenie się tym kształtem. Jeśli pozwolę sobie „żyć”, czyli być autentycznym, wystawiać się na spotkanie bez tych wszystkich systemów obronnych, to nagle okazuje się, że świat nie jest taki groźny. Że ludzie, nawet ci z „czarnymi kulami”, po prostu szukają tego samego – autentycznego styku. I to jest to, co w dzisiejszych czasach staje się naszą najcenniejszą kompetencją. To jest ta radość z bycia w „my”, przy zachowaniu pełnej świadomości swojego „ja”.

  • Redaktorka naczelna „Pomostu”

  • Założycielka instytutu szkoleniowego, autorka programów trenerskich o świadomości, trenerka intuicyjna i mentalna oraz certyfikowana coach kognitywna. Tworzy autorską przestrzeń rozwoju, w której filozofia spotyka praktykę, a człowiek odkrywa siebie jako istotę wielowymiarową. W swojej pracy przekracza schematy myślenia, prowadząc ku głębokiemu wglądowi, integracji i świadomemu doświadczaniu własnego potencjału.

  • Redaktorka naczelna „Pomostu”

  • Założycielka instytutu szkoleniowego, autorka programów trenerskich o świadomości, trenerka intuicyjna i mentalna oraz certyfikowana coach kognitywna. Tworzy autorską przestrzeń rozwoju, w której filozofia spotyka praktykę, a człowiek odkrywa siebie jako istotę wielowymiarową. W swojej pracy przekracza schematy myślenia, prowadząc ku głębokiemu wglądowi, integracji i świadomemu doświadczaniu własnego potencjału.

Pytanie miesiąca

Czy Twoja organizacja nawiązuje relacje z innymi sektorami?