Mieszkańcy nie przyszli na konsultacje. To był początek sukcesu ŁĄCZNIKA

Wyglądało to jak spełniające się marzenie. Na dużym ekranie wyświetlaliśmy film z drona pokazujący teren przyszłego ŁĄCZNIKA. W powietrzu unosił się zapach świeżo parzonej herbaty, na stołach czekały owoce, orzechy i ciastka. Były kolorowe moodboardy przygotowane przez seniorów, ogromna makieta pokryta sztuczną trawą, stanowiska do rysowania własnych pomysłów i kącik relaksu z leżakami. Czekaliśmy już tylko na najważniejszy element – ludzi.


Przez miesiąc promowaliśmy warsztaty projektowe dotyczące stworzenia nowej strefy spotkań w Kobylnicy. Opowiadaliśmy o nich w mediach społecznościowych, lokalnej prasie, radiu i podczas wydarzeń organizowanych przez Centrum Kultury i Promocji. Byłam przekonana, że mieszkańcy przyjdą. Przecież od miesięcy słyszałam, że w Kobylnicy brakuje miejsca, gdzie można po prostu pobyć razem. Miejsca pomiędzy domem, pracą i kolejnymi obowiązkami.

Tymczasem w dniu pierwszego spotkania przyszła gołoledź. Od rana odbierałyśmy wiadomości od osób, które planowały się pojawić. „Nie damy rady”, „może następnym razem”, „pogoda wygrała”. Przez chwilę zastanawiałyśmy się, czy odwołać wydarzenie. Nie zrobiłyśmy tego. Przyszłyśmy, przygotowałyśmy wszystko i czekałyśmy.
       

Przez dwie godziny przewinęło się około trzydziestu osób. Nie były to tłumy, których oczekiwałam. Pamiętam rozczarowanie, ale jeszcze bardziej pamiętam pytanie, które nie dawało mi spokoju. Skoro mieszkańcy mówią, że potrzebują miejsca spotkań, dlaczego nie chcą uczestniczyć w jego tworzeniu? Paradoksalnie odpowiedź znalazłam dzięki metodzie, którą wykorzystuję w swojej pracy – design thinking.

Jeszcze przed zdobyciem grantów wszystko szło zgodnie z planem. W proces zaangażowali się uczestnicy Klubu Młodego Architekta wraz z rodzicami. Odwiedziliśmy stowarzyszenie aktywnych seniorów, którzy wspólnie z młodzieżą tworzyli kolaże pokazujące, jak wyobrażają sobie przyszły ŁĄCZNIK. Rozmawialiśmy z instytucjami działającymi w sąsiedztwie planowanej lokalizacji. Powstał nawet wspólny film promujący ideę miejsca. Wydawało się, że jesteśmy na dobrej drodze.

Problem pojawił się dopiero wtedy, gdy trzeba było przejść od marzeń do konkretów. Podczas jednego z wydarzeń organizowanych w Centrum Kultury ustawiłam przy makiecie kilka przezroczystych kubeczków i drewniane patyczki. Na tablicy pojawiło się proste pytanie: „Co jest dla Ciebie najważniejsze w takim miejscu?”. Odpowiedzi były równie proste: spotkania z ludźmi, odpoczynek, miejsce dla rodzin, ruch i spacery. Ludzie podchodzili, rozmawiali, dzielili się opiniami. Reakcje były bardzo pozytywne. A jednak na warsztaty nadal nie przychodzili tłumnie.

Przełom nastąpił podczas zwykłej rozmowy. Nie z ekspertem. Nie z mieszkańcami. Z moim mężem. To osoba, która omija większość wydarzeń społecznych szerokim łukiem. Idealny przedstawiciel grupy, którą próbowałam zrozumieć. Zapytałam, dlaczego nie przyszedłby na takie spotkanie.
„Warsztaty projektowe? Ale o co właściwie chodzi?” To zdanie uderzyło mnie bardziej niż niska frekwencja.

Nagle zrozumiałam, że to, co dla mnie było oczywiste, dla wielu osób było zupełnie niezrozumiałe. Mówiłam językiem projektu. Mieszkańcy żyli swoim życiem. Nie zastanawiali się nad partycypacją, konsultacjami czy procesem projektowym. Zastanawiali się, czy warto wychodzić z domu w zimny lutowy wieczór.

Problemem nie był brak zaangażowania. Problemem był język.
Od tego momentu zaczęliśmy rozmawiać inaczej. Mniej o projekcie. Więcej o odpoczynku, relacjach, sąsiedztwie i codzienności. A potem wydarzyło się coś jeszcze. Przestaliśmy pytać ludzi, czego chcą. Zaczęliśmy działać.

Kiedy nadszedł dzień wspólnego sadzenia roślin, na miejscu pojawiło się ponad pięćdziesiąt osób. Dołączyli mieszkańcy, seniorzy, dzieci, pracownicy instytucji publicznych, strażacy i lokalni partnerzy. I wtedy wydarzyło się coś, czego się nie spodziewałam. Nie posadziłam ani jednej rośliny! Patrzyłam, jak ludzie sami sadzą, rozmawiają, pomagają sobie nawzajem i zastanawiają się, gdzie będzie najlepiej rosła kolejna bylina.

W tamtym momencie ŁĄCZNIK przestał być projektem. Stał się wspólną sprawą. Trzy dni później oficjalnie go otworzyliśmy. Patrzyłam na dzieci biegające między roślinami, mieszkańców siedzących pod wiatą i sąsiadów, którzy zostali chwilę dłużej, niż planowali. I pomyślałam, że być może ludzie nadal chcą być razem. Chcą spotykać się, rozmawiać, współtworzyć miejsca, w których żyją i mieć wpływ na swoje najbliższe otoczenie.

Trzeba tylko przestać zapraszać ich do projektu. A zacząć zapraszać ich do współtworzenia własnego miejsca.

  • Architektka, edukatorka i prezeska Fundacji OTOczenie. Inicjatorka ŁĄCZNIKA – społecznej strefy spotkań w Kobylnicy. Od kilkunastu lat projektuje przestrzenie, a od kilku równie intensywnie tworzy warunki do budowania relacji, współpracy i zaangażowania mieszkańców.

Pytanie miesiąca

Czy Twoja organizacja nawiązuje relacje z innymi sektorami?