Od 2025 roku na Wita Stwosza 23 w Gdańsku działa Mozaika Social Hub – przestrzeń dla osób z doświadczeniem migracji, które zamieszkały na Pomorzu. W Mozaice kilka razy w miesiącu odbywają się międzykulturowe wydarzenia integracyjne, a zespół specjalistek i specjalistów prowadzi bezpłatną naukę języka polskiego, porady prawne i psychologiczne, doradztwo zawodowe, a przede wszystkim coś, czego w Polsce systemowo wciąż jeszcze brakuje: empatycznego podejścia do drugiego człowieka.
Zbieramy historie osób migranckich. Z Daną połączyła mnie koleżanka z projektu. Nie spodziewałam się, że spędzę z nią niezwykle inspirujące, deszczowe, lipcowe przedpołudnie w malowniczej pracowni artystycznej pod Gdańskiem. I że wyjdę z niej obdarowana prawdziwym dziełem sztuki.
Aleksandra Wasilczuk: Dziękuję, że zgodziłaś się na wywiad. Opowiedz proszę, skąd pochodzisz i jak trafiłaś do Polski?
Dana Yakymchuk: Jestem z Lwowa. Nigdy w życiu nie planowałam wyjazdu na dłużej czy mieszkania na stałe za granicą, ale nigdy nie mów nigdy.
Po zmianach w życiu osobistym poznałam mojego męża z Polski, jesteśmy razem ponad 7 lat. Nie od razu zdecydowałam się na wyjazd: dzieci nie były jeszcze w tym wieku, żeby mieszkać samodzielnie, praca. W końcu złożyło się tak, że zdecydowałam się i przeprowadziłam tutaj.
Budowanie relacji na odległość i decyzja o przeprowadzce do innego kraju wydaje się trudne. Skąd wiedziałaś, że to ten? 😉
Intuicja. Mamy taką rodzinną historię. Siostra mojej prababci z mężem kiedyś wyjechała do Gdańska, to było w 1937-38 roku. I ta nazwa zawsze była dla mnie znana. Myślałam, że trzeba kiedyś zwiedzić. I zobaczyłam kapitana “Białych Żagli” z Gdańska. I jakoś tak… coś strzeliło. I później był taki fajny, taki ciepły od razu. Jesteśmy oboje dorośli, każdy ze swoim doświadczeniem, nie zawsze najlepszym. I były różne trudności: językowe, kulturalne. Na początku były kłótnie, bo te języki są bardzo bliskie i czasami jakieś słowo jednakowe, ale znaczenie ma różne.
Jak teraz się komunikujecie?
Na początku była umowa, że uczymy się języka. Ja mówię po ukraińsku, on po polsku, on wszystko rozumie i ja też. Mi już weszło w nawyk, że do wszystkich mówię po polsku… poza mężem. Do niego w ojczystej mowie.
Zdarza Ci się myśleć po polsku?
Tak, czasami już w takich rzeczach codziennych umyka słowo ukraińskie. Czasami rozmawiam z dziećmi, z przyjaciółmi z Ukrainy i wtrącam słowo po polsku. Pewnie dlatego, że to są podobne języki, nie jak angielski i polski. Ta podobność języka z jednej strony ułatwia komunikację, a z drugiej strony utrudnia uczenie. Struktura inna. Takie odkrycie dla mnie.
To ciekawe wyzwanie.
Wyzwania są ważne, jak jesteś osobą dorosłą. Kiedy uczysz się, umyślisz, trenujesz głowę, to lepiej czujesz się. Cieszę się, że zawsze uczenie mi pasowało.
Karolina [nauczycielka języka polskiego w Mozaice] kiedyś powiedziała, że uwielbia pracować z dojrzałymi ludźmi, bo oni są bardzo zmotywowani. Nie tak jak w szkole. Chcesz się uczyć, bo potrzebujesz.
Jak wygląda teraz Twoje życie?
Zajmuję się pracą artystyczną, mam pracownię w domu, maluję swoje obrazy, organizuję wystawy – swoje i wspólne z innymi.
Miałam szczęście i od razu poznałam koleżankę mojego męża, profesorkę z Akademii Sztuk Pięknych. Dzięki temu spotkałam dużo osób ze środowiska artystycznego w Gdańsku i w Gdyni.
Na pewno jakbym przyjechała w jakichś innych okolicznościach, czy nie miałabym dokąd i do kogo wrócić, to byłoby mi łatwiej: jestem tu, już tu będę żyć. A tak mam w swoim kraju swoich przyjaciół, takich naprawdę bliskich, wspaniałych ludzi, mam dużo kontaktów i czasami trudno wejść w życie tutaj, bo jeszcze mam dobre miejsce tam.
I mieszkam, czy mentalnie żyję na dwa państwa i na pewno z tym mam problem. Mój mąż ciągle mówi: ty nie odłączyłaś się, ty nie budujesz tutaj życia.
Od marca przychodzę do Fundacji RC i to moje wejście w bardziej społeczne życie tutaj, na miejscu. Bo przyjechałam ja do męża, poznałam jego przyjaciół, jego krąg znajomych. Super było, ale to jego przyjaciele – mnie zaakceptowali, lepiej czy gorzej, większość stało i moimi przyjaciółmi. Ale to jego znajomi. W fundacji poznałam dużo nowych ludzi. I to wyłącznie moje towarzystwo, wyłącznie moi znajomi. To socjalizacja, która na pewno mi była bardzo potrzebna.



Przeprowadziłaś się tu z Ukrainy z całą pracownią, czy zbudowałaś wszystko od nowa?
Wiesz, najważniejsze, co my mamy, to mamy w swoich rękach i mamy w swoich głowach, bo materiały można zdobyć, kupić. Twoje umiejętności – to zawsze zostaje z Tobą i w czasach dzisiejszych to tym bardziej widoczne, bo ludzie tracą wszystko. Ale to co zostało w twojej głowie, w twoim sercu, w twoich uczuciach, twoja mądrość, twoje nawyki, twoje wykształcenie – to zawsze z tobą. Nie chodzi o to, że musisz mieć jakiś instrument czy jakiś materiał, chodzi o to, jaki masz pomysł. Zawsze można coś przywieźć, przewieźć w jedną czy w drugą stronę.
Często jeździsz do Ukrainy?
Raz na dwa-trzy miesiące. Czasami w sprawach rodzinnych, czasami z zadaniami, które dotyczą artystycznych wydarzeń, wystaw, a czasem wolontariatu. Mamy samochód, wozimy potrzebne rzeczy.
Odpowiedz o swojej sztuce.
Nie jest to klasyczne malarstwo. Ostatnio pracuję w technice o nazwie enkaustyka. Teraz bardzo rzadko używana. W starożytności wymyślili, że można połączyć wosk pszczeli z pigmentem, a później ten miks wykorzystać na gorąco jako farbę. Nakłada się to pędzlami, szpatułkami. Obraz jest bardzo odporny na promienie słoneczne. Kojarzysz z historii sztuki portrety fajumskie? To wizerunki zmarłych ze starożytnego Egiptu. Przetrwały do tej pory i praktycznie nie zmieniły koloru.
Wcześniej robiłam dużo batiku, czyli malowania woskiem na tkaninach. Ten wosk był taki piękny, że szkoda go było zdejmować i mi go brakowało w pracach. Znałam też pisankarstwo, to bardziej znajome u nas. I to wszystko jest połączone. Od 15 lat większość moich prac to enkaustyka, ale taka nowoczesna, połączona z tkaninami, ciekawymi obiektami, farbami olejnymi. To dla mnie super fajny proces. Wosk mam z rodzinnej pasieki w Ukrainie.
Bardzo mi zawsze pasowały rzeczy abstrakcyjne, które dają więcej pytań niż odpowiedzi, które włączają wyobraźnię widza, a nie odwrotnie, kiedy to ja daję odpowiedzi na jakieś pytania.



Gdzie szukasz inspiracji?
Inspiruję się sztuką ludową ukraińską i z całego świata. Zawsze też było interesujące dla mnie poznanie strony symbolicznej. Za każdym elementem ornamentu w ceramice, tkaninie stoi jakiś przekaz, i jak wiesz o tym, to odkrywasz te rzeczy inaczej. To kiedyś było używane jak pismo, jako sposób przekazania historii, informacji.
Teraz nie mamy tej wiedzy, czasami ją odrzucamy, jest znana tylko specjalistom. Ale rozumiemy to na jakimś innym, podświadomym poziomie.
Czy jakiś symbol, element kultury jest dla Ciebie szczególnie ważny i inspirujący?
Coś jednego wybrać jest trudno. Najczęściej używam znaku Ziemi, który graficznie wygląda trochę jako romb. Miałam dwie wystawy, które nazywały się Grunt. Bo w języku polskim i ukraińskim brzmi jednakowo i ma to samo znaczenie. Powstało seria kilkunastu prac.
Jak Ty jako artystka odnajdujesz się w Polsce? Co było proste i się udało? Z czym masz problem?
Normalnie. Najpierw to było dla mnie super fajne doświadczenie. Kiedy mieszkasz w jednym miejscu, masz swoje emocje, masz określone tematy. Zmiany były ważne, bo podjęłam nowe wyzwania. Coś nowego, coś innego.
Zobaczyłam, jak tu pracują. To było dla mnie bardzo ważne, bo nauczyłam się nowego podejścia do pracy. Nie tylko “coś” malujesz, ale jeszcze określasz: o czym? Dlaczego? Takiego podejścia mi brakowało, kiedy ja studiowałam. Znam różne technologie. A o czym? Co chcę powiedzieć? Dlaczego? Jak to wyjaśnić? Tego nauczyłam się tutaj, od kolegów. Dostawałam pomoc i wsparcie w tym temacie. Cieszę się, bo to naprawdę ważne w dzisiejszych czasach. W sztuce współczesnej chodzi o to, żeby przez swoją pracę dowieźć jakiś przekaz.
Przez sztukę można dużo ważnych rzeczy powiedzieć. Informacja wizualna przez widza jest kilka razy szybciej odbierana niż jakakolwiek inna. Słuch, mówienie potrzebuje więcej czasu i dla wielu ludzi więcej skupienia. Informacja wizualna… w jednym ujrzeniu oka.
Muszę teraz zapytać – o czym Ty chcesz opowiedzieć przez sztukę?
O pięknie w każdym drobiazgu życia, o rzeczach naturalnych, o rzeczach prawdziwych. Przez sztukę ludową – ważne uczucie: kim jesteś, skąd jesteś. Ważny szacunek do swojej przeszłości, do swoich bliskich. Szacunek do ludzi wokół, do kultury innego kraju, w którym mieszkasz, w którym podróżujesz. Jak masz szacunek, to już takie idee ksenofobii, szowinizmu, dzielenia ludzi na klasy, na jakieś lepsze i gorsze nigdy nie przyjdą do głowy. Szacunek zaczyna się od siebie, przez siebie do innych. W każdym miejscu, w każdym państwie, w każdym narodzie są przepiękne rzeczy.

Czyli piękno jest wszędzie?
Zależy, co chcesz zobaczyć. Chcesz zobaczyć dobre, piękne, uczciwe, to zobaczysz. Jak chcesz zobaczyć złe, czy jakieś inne rzeczy, to zobaczysz to, co dla ciebie ważne.
Kiedy zaczęła się pełnoskalowa wojna, od razu pojechaliśmy z mężem na granicę. Polacy z tabliczkami komu co potrzebne, ten zabiera trzy osoby, tamten dwie, kobiety z domowymi kanapkami i zupą. Nigdy tego nie zapomnę i na zawsze będę wdzięczna. Wierzę, że te momenty spotkania twarzą w twarz były prawdziwe i zostały w ludziach na zawsze. Teraz słyszymy o osobach uchodźczych różne historie. Uważam, że to minie, że to tylko czyjeś polityczne zagrywki.
Masz na myśli narastającą narrację antyukraińską? Doświadczasz tego?
Ja nie znam ludzi, którzy na serio przyjmują tę pozycję antyukraińską. Wśród moich znajomych takich nie ma, ale na pewno są tacy ludzie…
Wiesz co, to naprawdę, takie było… Z jednej strony tragicznie, a z innej strony to było przepiękne. To było bardzo ważne, ja dumaję, dla wszystkich. Człowiek pokazuje w takich wypadkach swoją lepszą stronę i to ważne żeby sobie powiedzieć: ja jestem normalny, dobry, ja jestem człowiekiem. A jak to rozwinie się – to nie ważne, ważny ten odruch.
Patrząc w przyszłość, mam taką nadzieję, że kiedyś ta granica pomiędzy naszymi państwami już nie będzie taka mocno pilnowana, bo nie będzie takiej potrzeby. Że będzie możliwość wspólnego przyjazdu jak w całej Europie. I że nasze państwa będą współpracować więcej niż konkurować. I że to będzie wspólna przestrzeń dla kultury, biznesu, podróży i innych rzeczy.
Jestem niepoprawną optymistką, bezpodstawną optymistką. Niby nie ma do tego takich mocnych wskazówek, ale ja wierzę, że będzie dobrze.
I wrócę do tematu tych znaków, symboli ukrytych w sztuce. My sami tworzymy te symbole. My je wkładamy w swoje działanie. A ktoś je odczytuje. To takie może nasze zadanie jako twórcy: wkładać dobre myśli w nasze rzeczy. I nawet jak są trochę niewidocznie – ktoś je podświadomie przeczyta.
We fragmentach zachowano oryginalną transkrypcję.
Zdjęcia: Aleksandra Wasilczuk





