W Tczewie obowiązuje prosta zasada: zanim zaczniemy rozmowę o „procedurach”, sprawdzamy, czy człowiek jadł i czy chce herbaty. Dopiero potem wchodzą skróty, pieczątki i inne atrakcje cywilizacji. To może brzmieć śmiesznie, ale u nas czajnik jest częścią systemu wsparcia. I działa.
Pracuję w Fundacji To i Co i w Spółdzielni Socjalnej Heca. Ktoś, kto zajmuje się wsparciem osób uchodźczych — taki jak ja — ogarnia sprawy na wszystkich etapach i wszystkich płaszczyznach: od granicy polsko-białoruskiej po ośrodek dla cudzoziemców, od papierów i opieki medycznej po wycieczki po lokalnych sklepach. A czasem, kiedy trzeba, także logistykę ratunkową: wyjazdy np. na Białoruś po osoby, które po prostu nie dadzą rady przejść zielonej granicy — kobiety w ciąży, małe dzieci, nieletnich bez opieki, osoby schorowane. To są te momenty, kiedy człowiek widzi najostrzej, co jest w relacjach najważniejsze: godność, pogodę ducha, bycie ze sobą i przy sobie w obliczu strachu, niepewności, opresji.
Tczew jest na tyle mały, że wiadomo, kto ma najlepsze ciasto i kto zawsze zapomina kluczy.
I na tyle duży, że można tu zacząć od nowa. Nasza klubokawiarnia Jasna, prowadzona przez Spółdzielnię Socjalną Heca, i Migrant Info Point Fundacji To i Co są od siebie kilka ulic; między nimi krąży najważniejsza rzecz na świecie: „hej, wpadaj”. Nie w sensie grzecznościowym. W sensie: „jest miejsce, gdzie możesz siąść i oddychać”.
Hussein: student chirurgii, nocny rowerowy ninja
Hussein (pseudonim, Sudan) wita się ze mną zawsze tak, jakby prowadził poranny program w radiu:
— Cześć! Jak się masz? Jak minął Ci dzień, dobrze?
I to jest w ogóle nieprawdopodobne, bo Hussein przeszedł przez rzeczy, po których wielu ludzi nie ma już siły mówić „cześć” do kogokolwiek. A on jest pogodny. Uważny. Czasem zachwycony takimi detalami, że człowiek zaczyna patrzeć na świat jego oczami.
— Why you have so many types of bread? — zapytał kiedyś z autentyczną ciekawością dziecka.
I nagle się okazuje, że największe tajemnice integracji nie siedzą w ustawach, tylko w piekarni.
Zanim trafił do Polski, był na Białorusi i czekał „na swoją kolej”. Brzmi jak poczekalnia w przychodni, tylko że to była poczekalnia w miejscu, gdzie ludzie wracali z lasu poranieni i przestraszeni. Hussein wtedy nie odwracał wzroku. Pomagał: oczyszczał rany, robił opatrunki, uspokajał. Umiał, bo studiował cztery lata chirurgię.
W tamtym czasie dostał wsparcie od Hope and Humanity — pomoc, która realnie zmieniła tor jego drogi. Dzięki temu przeszedł do Polski przez przejście graniczne, a na granicy poprosił o ochronę międzynarodową.
W Tczewie zaczęliśmy jak zawsze: herbata, krzesło, „pokaż pismo”, „tu termin”, „tu podpis”. A potem Hussein zrobił coś bardzo „swojego”: zaczął pracować. Zresztą pracuje w trybie, który potrafi zaskoczyć nawet rower:
- w nocy relokuje rowery publiczne (czyli jest takim miejskim rowerowym ninją),
- w dzień dowozi jedzenie na rowerze (czyli w zasadzie dalej jest ninja, tylko z torbą
termiczną).
A w przerwach planuje rozpocząć studia medyczne w Polsce i ćwiczy codziennie… szycie ran na gumowej imitacji skóry. Serio. Ma kawałek „skóry” i igłę, i ćwiczy.
Hussein ma dziś w Tczewie pracę, mieszkanie i ludzi. I to widać po jego „Cześć! Jak się masz?” — ono nie jest próbą bycia grzecznym. Ono jest dowodem, że naprawdę jest tu.
Mohammed: czujny człowiek, rowery, piłka i ta wiadomość, na którą się czeka
Mohammed (pseudonim, Sudan) trafił do Polski przez zieloną granicę polsko-białoruską. Był w ośrodku strzeżonym, potem w otwartym, a kiedy wreszcie mógł spróbować „normalnego życia”, pojechał do Warszawy. W logice świata: stolica = więcej szans. W logice Mohammeda wyszło: stolica = więcej ludzi i cisza, która boli.
Mohammed w ogóle nie znał wcześniej Tczewa. Miał tylko mój numer zdobyty od znajomego znajomego — tak jak to u nas zwykle bywa — i krótką wiadomość na WhatsAppie wysłaną z Warszawy. Parę zdań, ostrożnych, jakby testował, czy po drugiej stronie jest człowiek: czy może przyjść, czy ktoś pomoże, czy to ma sens. I tak to się zaczęło — nie od wielkiej decyzji, tylko od małej ikonki telefonu i „cześć” napisanych w mieście, w którym czuł się bardzo samotny.
Od pierwszego spotkania było widać, że Mohammed to człowiek, który nie lubi przypadków. Jest poważny. Czujny. Jakby w środku miał stale włączony radar: patrzy, ocenia, sprawdza, czy na pewno jest bezpiecznie. Nie gada bez sensu, nie robi show. Jak się śmieje, to krótko — ale prawdziwie.
W Hecy Mohammed pracuje przy rowerach. Naprawia, reguluje, ogarnia. I to jest idealna robota dla kogoś, kto ma w sobie ten rodzaj skupienia: z rowerem nie da się dyskutować — albo jest prosto, albo bije. Lubię patrzeć, jak pracuje, bo jego powaga w takich momentach wygląda jak spokój. Jakby wreszcie coś było przewidywalne.
Po pracy gra w piłkę z grupą chłopaków z Tczewa. To też jest rodzaj integracji, tylko bez mądrych słów: tu nikt nie pyta o historię, tu każdy pyta, czy podasz. I Mohammed podaje. A jak strzeli bramkę, nie robi triumfalnej rundy honorowej — tylko kiwa głową, jakby mówił: „okej, idziemy dalej”.
I teraz rzecz, której nikt by po nim nie zgadł po pierwszym wrażeniu: Mohammed świetnie tańczy. Ten sam człowiek, który w dzień jest jak skanery na lotnisku, na parkiecie potrafi nagle włączyć lekkość. Zawsze mnie to rozbraja, bo pokazuje, że pod czujnością jest jeszcze ktoś, kto bardzo chce żyć normalnie — i umie.
Jest też wolontariuszem. Pomaga, kiedy trzeba, i robi to bez wielkich komunikatów. Taki typ: przyjdzie, zrobi, wyjdzie. Ktoś później mówi „kto to ogarnął?”, a odpowiedź brzmi:
„Mohammed, przecież”.
Najmocniej pamiętam jednak jego telefon. Zadzwonił i w głosie miał coś, czego wcześniej u niego nie słyszałam: czystą radość, bez hamulca.
— Mam decyzję. Pozytywną. Ochrona… jest!
Powiedział to tak, jakby nagle ktoś odkręcił głośność w świecie. I doprecyzował: pozytywna decyzja o udzieleniu ochrony międzynarodowej w Polsce. Był szczęśliwy tak, że aż się śmiał — ten poważny Mohammed, który zwykle mówi oszczędnie. W jednym zdaniu zmieściło mu się wszystko: ulga, koniec zawieszenia, poczucie, że ziemia wreszcie przestaje się ruszać pod nogami.
A potem wrócił do swojej ulubionej dyscypliny, czyli polskiego. Mohammed jest najpilniejszy ze wszystkich, jakich znam. Taki człowiek, który uczy się jakby od tego zależało życie — a czasem przecież zależy: w urzędzie, w pracy, w zwykłej rozmowie. On naprawdę chce rozumieć i być rozumiany.
Dziś Mohammed ma w Tczewie pracę, mieszkanie i społeczność. Nie jako nagrodę. Jako normalność.
Arman: rozmowy o sensie życia i polskie przekleństwa
Arman (pseudonim, Afganistan) był żołnierzem. Po latach ciężkich przeżyć jego ciało potrafi odpalić alarm, zanim głowa zdąży powiedzieć „to tylko hałas”. Jego droga do Europy była jak scenariusz survivalu: góry Uzbekistanu, Białoruś, zielona granica, ośrodek strzeżony, otwarty, a potem Tczew.
I pewnego dnia telefon:
— I don’t feel good. My head…
Nie pytał o psychologa. Nie potrzebował długich zdań. Potrzebował kogoś, kto będzie obok, dopóki ten wewnętrzny alarm nie zacznie cichnąć. Więc zaczęliśmy od najprostszej rzeczy na świecie: od spacerów. Tczew „na nogach” działa zaskakująco dobrze — trochę rzeki, trochę centrum, trochę zwykłych ulic, gdzie nic się nie dzieje (a to dla niektórych bywa największym luksusem). Czasem po prostu szliśmy i liczyliśmy, ile razy można powiedzieć „dobra, już jest okej” w ciągu dziesięciu minut. Czasem robiłam mu szybkie „zwiedzanie praktyczne”: tu jest spokojnie, tu jest droga na skróty, tu można zawrócić, tu jest miejsce, gdzie da się usiąść i nie musieć nic udowadniać.
Tyle że Arman wbrew pozorom nie jest typem milczka. On jest gadułą. Naprawdę. Jak już złapie rytm, potrafi rozprawiać o wszystkim: o sytuacji na świecie, o polityce, o tym, czy ludzie są z natury dobrzy, o sensie życia i o tym, co to właściwie znaczy „normalnie”. Czasem miałam wrażenie, że on te wszystkie tematy nosi w kieszeni jak drobniaki — wyciąga jeden po drugim, bez końca. A ja słuchałam, bo to też jest część powrotu do siebie: móc gadać o rzeczach większych niż strach.
Potem znalazł pracę na 100czni. I to nie była tylko praca — to było miejsce, w którym przestał być „nowy” i „z zewnątrz”. Znalazł tam ludzi, z którymi można wypić herbatę po robocie, pośmiać się z byle czego i nie tłumaczyć całego świata od początku. Najważniejsze jednak było coś innego: poczucie, że jest częścią całości, że jest ważny. Że ma swoją rolę, swój kawałek dnia, który ma sens. I że kiedy to się pojawia, głowa powoli odzyskuje spokój.
A jako bonus integracyjny — na 100czni Arman nauczył się wszystkich możliwych polskich przekleństw szybciej niż ja kiedykolwiek ogarnęłam odmianę czasowników nieregularnych. Z zadumą oznajmił mi kiedyś, że „polski jest trudny”, po czym w jednym zdaniu udowodnił, że są dziedziny, w których trudność języka nie ma żadnego znaczenia.
Granica i prawa człowieka
Te historie zaczynają się daleko od Jasnej i od tczewskich rowerów. Zaczynają się na granicy polsko-białoruskiej — w miejscu, gdzie prawo do proszenia o ochronę powinno działać właśnie wtedy, kiedy człowiek jest najbardziej bezbronny. Tymczasem od lat opisywane są przypadki zawracania ludzi do Białorusi bez realnej, indywidualnej procedury. To nazywa się pushback: człowiek mówi „boję się wrócić”, a i tak ląduje „z powrotem”.
W marcu 2025 r. weszły w życie przepisy, które czasowo ograniczyły możliwość składania wniosków o ochronę międzynarodową na odcinku granicy z Białorusią. Na papierze są wyjątki (m.in. dzieci bez opieki, kobiety w ciąży, osoby w złym stanie zdrowia) — czyli grupy wymagające szczególnej ochrony. Ale organizacje monitorujące i humanitarne opisują, że Straż Graniczna nie zawsze te wyjątki respektuje, a pushbacki nadal dotyczą zarówno osób spoza grup wymagających szczególnej ochrony, jak i tych, które do nich należą.
Z perspektywy praw człowieka sedno problemu jest proste: ochrona ma działać wtedy, kiedy jest najtrudniej — i nie może zależeć od tego, jak głośno człowiek potrafi krzyczeć w środku lasu ani czy zna numery artykułów.
Klamra: czajnik i wiadomość „przyjedź”
W Jasnej znowu gwizdnie czajnik. Hussein wpadnie i powie: „Cześć! Jak się masz?”. Mohammed wróci z warsztatu rowerowego. Arman opowie kolejną teorię sensu życia i dorzuci słowo, którego nie uczą w żadnym podręczniku. A ja odpiszę na następnego WhatsAppa:
„Tak. Przyjedź. Zrobimy herbatę. Po kolei.”
*Powyższy tekst to zwycięski artykuł w konkursie na reportaż społeczny: Zwykłe szczęście. Lokalne więzi





