Brzdęk. Łyżeczka spadła na szarą posadzkę. Nikt nie zareagował. Słychać szybkie uderzanie palcami w klawiaturę. Mężczyzna kończy w pełnym skupieniu raport. Obok ktoś inny powoli miesza kawę i patrzy przez okno. Między ekranem laptopa a filiżanką cappuccino toczy się codzienność, w której praca i życie łagodnie się przenikają…
Ośmiu. W tym dwóch bez laptopa
Spojrzałam na zegarek w górnym rogu ekranu swojego laptopa. Jest przedpołudnie. Podobnie jak mężczyzna obok – zaczynam stukać w klawiaturę. Moje skupienie odciąga młoda dziewczyna wchodząca do środka. Długie, proste, blond włosy opadają na jej ramiona. Ma na sobie nienagannie wyprasowaną niebieską koszulę. Nasuwa okulary na nos i zaczyna rozglądać się po wnętrzu. Kogo szuka? Obiema dłońmi ściska laptopa przy piersi. Brwi lekko miała uniesione, a usta zaciśnięte. Ach tak! Skierowała się do mężczyzny przy laptopie. Na jej widok zamknął laptop, podał jej rękę i usiedli naprzeciw siebie. Odłożyła laptop. Wolne dłonie, szybko znalazły sobie zajęcie, w tym samym momencie skórki przy paznokciach zaczęły wołać o pomoc. W międzyczasie w kawiarni zapełniły się kolejne stoliki. Stolik obok zajęła kobieta wciągnięta w lekturę książki. Tuż przy szybie kolejne osoby z laptopami. Zza moich pleców rozległo się ciche siorbanie, które przywołało mnie do porządku. W końcu przyszłam tu pracować. Odpocząć będę mogła, dopiero gdy odpiszę na służbowego maila. Brzdęk. Jeszcze więcej laptopów, telefonów, filiżanek z cappuccino i spadających łyżeczek.
Razem w lokalu było 8 osób, z czego tylko 2 nie miały przed sobą laptopów. Pana „Siorbającego” choć nie widziałam, to słyszałam bardzo dobrze. Zażyle prowadził konwersację przez telefon, której początku i końca nie zdążyłam zanotować.
Z lokalnych katalogów trójmiejskich wynika, że w Oliwie funkcjonuje 14 kawiarni. Wiele lokali zmienia swój profil działalności lub się zamyka, a niektóre przenoszą się do innej lokalizacji, jak Kocia Kawiarnia. Na jej miejscu dwie inne próbowały swoich sił. Pojawiła się już trzecia, która planuje swoje wielkie otwarcie. Czy bycie po prostu kawiarnią wystarcza? Granica między kawiarnią, piekarnią, bistro, restauracją, bawialnią czy księgarnią bywa bardzo płynna. W której kawiarni się pracuje, a w której odpoczywa? Gdzie z przyjaciółką na ploteczki, a gdzie z chłopakiem na pierwszą randkę? Co, gdy przy dwóch sąsiadujących stolikach rozgrywają się przeciwstawne światy? Przecież dzieje się to tuż obok mnie. Wreszcie… co daje ludziom praca w kawiarni i co im po cichu odbiera?
Za oknem pochmurno, jeszcze nie pada, ale ciemne chmury na horyzoncie mówią jasno, że zaraz lunie srogim deszczem. Siedzę przy jednym z większych stolików w kawiarni, która jest przede wszystkim księgarnią. Otoczenie książek mnie wycisza. Fotel zajęty jest przez mężczyznę w skórzanym płaszczu, który na łączach ze swoją koleżanką z pracy próbują dopiąć projekt. W lokalu unosi się aromat świeżo zaparzonej kawy, a z głośników słychać cichutko mezzosopran Królowej Jazzu Elli Fitzgerald w utworze „It’s a lovely Day today”.
Dawno, dawno przed laptopami
Przenieśmy się do roku 1958. Ameryka usłyszała nowy album Elli Fitzgerald. We Francji Charles de Gaulle wraca do władzy. Trwa wyścig technologiczny między Stanami Zjednoczonymi a Związkiem Radzieckim. Powstało NASA, no i pierwsze plany wysłania człowieka na księżyc. W tym samym roku trwa Mundial. Brazylia zdobyła pierwszy tytuł Mistrza Świata. W Polsce u władzy jest wciąż Gomułka „Ze Związkiem Radzieckim na czele”. Życie w Polsce różniło się od tego na zachodzie. Trwa komunizm. Wieczorami osiedla cichły szybciej niż dziś. Mimo to ludzie siadali na ławkach przed blokami i rozmawiali do zmroku, czasem i w 10 osób.
– Ile ma Pani lat?
– W dawnych czasach to już ludzie umierali, a ja wciąż żyje. – odpowiada moja sąsiadka, spuszczając wzrok z lekką zadumą. Nie minęły 3 sekundy, gdy spojrzała mi prosto w oczy z wielkim uśmiechem na twarzy.
– Mieszka Pani w Oliwie od urodzenia?
– Od zawsze i tam, gdzie jest teraz ta drukarnia, tam, gdzie jest tego… – wskazuje w kierunku budynku „Ad Rem” – to myśmy tam mieszkali. To była nasza, nasza, nasza ściana domu. No.
Mówi to tak, jakby tamten dom wciąż stał pod warstwą świeżej elewacji i nowych szyldów. Budynek „Ad Rem” przy ul. Czyżewskiego 12 w Gdańsku Oliwie, wzniesiony został na przełomie XIX i XX wieku, jako willowa leśniczówka. Przez lata zmieniał swoje funkcje. Dziś w dawnym budynku mieszczą się lokale usługowe, biura, szkoła jogi czy delikatesy Merkus. W zwykłym osiedlowym sklepie, tuż przy stoisku z warzywami, potrafi nagle pojawić się aromat świeżo mielonej kawy. Nie codziennie, raczej w wyjątkowych sytuacjach, ale wystarczająco, by i tutaj kawa znalazła dla siebie miejsce.
– Co się zmieniło?
– Ludzie, jak to się mówi, plotkowo żyli. A teraz każdy w sobie, nie? Bo przedtem to ona, Oliwa moim zdaniem, żyła takim życiem, takim miejscowym, bo było więcej sklepów. Tak, bo na przykład widzi pani, jest poczta, ona jest od wieków! Od wieków! Tam dalej, jak się idzie do tego młyna, tam była piekarnia, teraz jest jakiś zakład pogrzebowy, nie jakiś, tylko Róża. Tu w stronę za pocztą była spożywka, drogeria, farby, kosmetyki, i była kawiarenka, a teraz jest nawet kawiarenka, gdzie w okolicy z kotem można iść.
– A już jej nie ma.
– Już jej nie ma?
– Już jej nie ma. Przenieśli ją.
– Aha, aha. No bo jak wie pani, no jak jadę autobusem, to ja sobie oglądam, nie? Autobusem to jest taka wycieczka krajoznawcza, ja mówię. Ładne ogródki są, tylko że teraz to są takie ogródki, że wszystkie są zakrywane tujami, tymi płotami i nie zobaczysz. Ludzie się chwalili tymi ogrodami, nie? – uśmiecham się i słucham z zaciekawieniem dalej -Tak, tak, tak. A teraz chcą ukrywać.
– Co jeszcze Pani zauważyła jeżdżąc linią 117?
– Tam na miejscu tego ratusza, to tam był rybny i tutaj, gdzie teraz jest ta kawiarenka, gdzie można marzyć, to była księgarnia.
Nie kawiarnia. Mówi kawiarenka. Powtarza to często. Nigdy inaczej. W zdrobnieniu słychać miękkość, której nie ma w zwykłej nazwie lokalu. Mówi jak kochająca matka do swojej córeczki. Kto tak jeszcze mówi na kawiarnię?
– A kojarzy Pani to miejsce obok poczty?
– Tam był ten spożywczy i obok drogeria i ta poczta od wieków co stała.
– To tam teraz jest księgarnia, w której i kawy można się napić, a nawet dwóch i lampkę wina i nawet ciastko zjeść, jak na Pani randce sprzed 50 lat.
– Żeśmy się w biednej rodzinie wychowywali. Te dwie kawy, ciastko i dwie lampki wina kosztowały 50 złotych. No w tych latach, jak ja byłam takim podlotkiem, no to, to były 70′ chyba lata, tak? No to trochę było tych pieniędzy. Dużo. Jak nie miałam tych pieniędzy, to tam do kawiarni, to mnie tam nie zaciągnęli.
Zarobki były niewielkie, a kolejki do sklepów ciągnęły się w nieskończoność. Dla wielu wyjście do kawiarni było luksusem, a spotkanie przy kawie było wielkim wydarzeniem. Nie działał wolny rynek. Lokale były kontrolowane przez państwo. Kierownik kawiarni miał nad sobą kontrolę z góry i nałożone normy, które musiał spełniać. Jednego dnia ciastka były a drugiego już nie. Kelner, obowiązkowo w białej koszuli, „na galowo”, jak mówi moja sąsiadka.
– Kelnerki zawsze miały długie czarne spódnice i białe bluzki. Jak chodziły po tej sali to te spódnice im tak szumiały — dodaje Pani Agnieszka, właścicielka „Książki i Wino”.
Znajomości pomagały, by dorwać ostatnie ciastko, a czasem i nawet kawę. Mimo tego kawiarnie żyły, żyły pełnią życia. Pisarze. Dziennikarze. Artyści. Muzycy. Zakochana para na randce. Każdy z nich niczym aktor wkraczał na swoją kawiarnianą scenę. Na stoliku z grubego drewna obowiązkowo leżał obrus albo chociaż koronkowa serwetka. W powietrzu unosił się dym papierosowy. Rozmowa nie miała konkurencji w ekranie. Mało pośpiechu, a czarna kawa w filiżance. Od czasu do czasu słychać było stukot spadającej łyżeczki. Szszzzz. Puk. Stuk, Puuuf. Nieregularne jazzowe metrum. Improwizacyjny taniec, który wielu wspomina z sentymentem.
Detoks cyfrowy
Dziś rytm tych miejsc jest inny niż w latach 60., choć pamięć tamtego porządku wciąż się w nich odbija.
– W tygodniu, szczególnie od poniedziałku do czwartku, przychodzą tu osoby z laptopami i zawsze znajdują dla siebie miejsce. Są mile widziane. Weekend rządzi się jednak odmienną zasadą. Sobota i niedziela to czas bez komputerów, świadomy „detoks cyfrowy”, który nie zawsze spotyka się z pełnym zrozumieniem. Zdarza się, że brak uwagi na widoczne piktogramy prowadzi do nieporozumień i napięć, ale ta zasada pozostaje niezmienna. – dodaje Pani Agnieszka.
To miejsce nie ma być wyłącznie przestrzenią pracy przy ekranie. Ma sprzyjać skupieniu na czymś innym: książkach, obrazach, kulturze i tym, co między ludźmi.
– Każdy tutaj stolik to oddzielna wyspa i oczywiście są wyjątki od tego. Nie tak dalej jak dwa dni temu. Miałam taką sytuację, kiedy była pani, która piła kawę, jadła ciastko i kupiła chyba trzy książki, więc je tam sobie przeglądała na tym stoliku i obok siedziała inna pani i ona po prostu zaczęła ją pytać, dlaczego ona te książki akurat wybrała, co ją skłoniło. Między tymi paniami wywiązała się taka bardzo szczera rozmowa, gdzie ta pierwsza pani zaczęła polecać tej drugiej, co fajniejsze książki, zaczęły chodzić po tej księgarni razem i to było bardzo miłe. Widziałam, że obce kobiety nie znają się, ale wiązała się między nimi taka bardzo szczera rozmowa.
Kawiarnie pozostają tłem dla rozmów niezależnie od czasu. Zmieniają się ich funkcje. Zmieniają się zapachy. W powietrzu zamiast dymu papierosowego można wyczuć aromat świeżo zmielonej kawy. Zmienia się wystrój. Zmienia się sposób korzystania z kawiarni, a i kawę parzy się inaczej. Przenikają się role pracy i codzienności. Pojawiają się różne profile tych miejsc. A jednak coś z dawnych układów wciąż w nich zostaje. Sposób siedzenia przy stoliku. Obecność innych ludzi. Rozmowy, które toczą się obok siebie. Brzdęk. To znowu łyżeczka spadła na posadzkę. Do lokalu weszli kolejni klienci.
– Biała czy czarna?
– A jest matcha?
Autorka: Joanna Chracewicz
Źródło zdjęcia: Facebook kawiarni Książka i Wino





