Ostatnie tygodnie to dziesiątki rozmów z młodymi ludźmi. O ich projektach, marzeniach, lękach, o domach, do których czasem nie chcą wracać, o samotności mimo setek obserwujących i o dorosłych, którzy bardzo dużo mówią o relacjach, ale coraz rzadziej mają odwagę być prawdziwi. Młodzi ludzie widzą więcej. Widzą relacje budowane bardziej pod zdjęcie niż pod człowieka. Widzą empatię, która kończy się tam, gdzie zaczyna się czyjś realny problem. Widzą dorosłych mówiących o „dawaniu młodym głosu”, którzy tak naprawdę boją się usłyszeć ich prawdę. I dlatego coraz częściej nie kupują relacji „na pokaz”. Bo autentyczność zaczyna się dokładnie tam, gdzie kończy się poza.
Widać to szczególnie mocno na zdjęciach dzieci. Ich nie da się przekonać stanowiskiem ani dobrze napisanym projektem. Ono albo czuje, albo nie. Albo ufa, albo zamyka się w sobie. Wszystko inne jest tylko dekoracją. Jakiś czas temu w przestrzeni publicznej pojawił się projekt „Mały Wielki Mistrz” realizowany przez ZSS w Białogardzie. I tym razem nie chodziło o zdjęcia sportowe. Nie chodziło nawet o sam sport. Chodziło o pokazanie dzieciom, że mimo swoich lęków, diagnoz, trudności i codziennej walki z rzeczywistością dalej mogą czuć się ważne, zauważone i wystarczające. Każde z tych dzieci wyszło do zdjęcia z własnym ciężarem. Jedno z doświadczeniem odrzucenia. Inne z poczuciem bycia „tym trudnym”. Jeszcze inne z przekonaniem, że świat już dawno przykleił mu etykietę niepełnosprawności. A potem nagle znaleźli się w miejscu, gdzie wielcy mistrzowie polskiego sportu nie patrzyli na nich jak na problem, czy „specjalny przypadek”. Patrzyli jak na partnera spotkania. I to robiło ogromną różnicę. Projekt jest ogólnopolski, ale trzy z tych zdjęć powstały w historycznym miejscu, kilka kroków od bram Stoczni Gdańskiej, w której walczono o wolność i solidarność. Na jednym ze zdjęć siedzi Zuzia. Obok niej Maciej Brzostek – trener, który wychował wielu znakomitych zawodników, ale tego dnia najważniejsze nie były medale ani sukcesy. Siedzieli na podłodze sali treningowej. Wokół rękawice, pas mistrzowski, echo pustej sali i wielki napis „Walczymy o marzenia”.



Ulica Elektryków potrafi robić wrażenie nawet na dorosłych. Surowe cegły, ogromne okna, industrialna przestrzeń dawnej stoczni. Wszystko tam przypomina, że kiedyś pracowali tu ludzie zmęczeni życiem, ale budujący coś większego od siebie. „Mały Wielki Mistrz” nie jest opowieścią o idealnych dzieciach. Jest opowieścią o sile autentyczności, która rodzi się wtedy, kiedy człowiek przestaje słyszeć, że jest „niewystarczający”. Maciej nie opowiadał Zuzi o wygrywaniu za wszelką cenę. Mówił o odpowiedzialności, charakterze i szacunku. O tym, że sport zaczyna się dużo wcześniej niż pierwszy medal. Zaczyna się w sposobie myślenia o sobie.
Lena od początku czuła się na sali swobodnie. Dotykała rekwizytów, obserwowała przestrzeń, zadawała pytania. Nie próbowała być „grzeczna do zdjęcia”. Była sobą. „Diablo” bardzo szybko złapał z nią kontakt. Bez dystansu, bez pozy gwiazdy sportu. I właśnie wtedy pojawiło się coś niezwykle ważnego prawdziwe spotkanie dwóch światów. Bo ludzie nie potrzebują dziś kolejnych autorytetów stojących na piedestale. Potrzebują dorosłych, którzy nie boją się być ludźmi.
Cały projekt „Mały Wielki Mistrz” przyniósł efekty, których nie da się wpisać do excela ani podsumować w prezentacji. Jedna z mam powiedziała po zakończeniu projektu:
„Wie pani, pierwszy raz od dawna moja córka nie wróciła do domu zmęczona udawaniem”.

To właśnie jest największy paradoks pracy z młodzieżą. Im więcej mówi się o relacjach, tym więcej młodych ludzi czuje się kompletnie niewidzialnych. Widać to szczególnie mocno w miejscach, gdzie młodzież bardzo szybko uczy się odróżniać prawdę od gry pozorów. W szkołach specjalnych, domach dziecka czy klubach sportowych nie da się długo udawać człowieka zaangażowanego. Dzieci i młodzież wyczuwają fałsz szybciej niż większość dorosłych, bo przez lata nauczyły się jednego – słowa bardzo często nie znaczą nic. W Domu Dziecka w Gdańsku jedna z wychowawczyń powiedziała kiedyś zdanie, którego nie sposób zapomnieć: „Dzieci po przejściach nie sprawdzają, co obiecujesz. Sprawdzają, czy wrócisz”. To jedno zdanie tłumaczy więcej niż setki konferencji o młodzieży i kryzysach psychicznych. Dzieci, które wielokrotnie słyszały „będzie dobrze”, przestają reagować na deklaracje. Zaczynają obserwować rzeczy małe. Kto pamięta ich imię. Kto zauważa nieobecność. Kto siada obok podczas obiadu. Kto odbiera telefon wieczorem. Jedna z dziewczyn z domu dziecka powiedziała: „Najgorsze nie jest to, że ludzie odchodzą. Najgorsze jest to, że wcześniej mówią, że nie odejdą”. Trudno o bardziej brutalne podsumowanie świata budowanego na relacjach „na pokaz”. Dorośli bardzo często próbują dziś ratować młodzież za pomocą projektów, strategii i procedur. Tymczasem większość młodych ludzi wcale nie potrzebuje kolejnego programu naprawczego. Potrzebują obecności. Kogoś, kto wytrzyma ich emocje, milczenie, wycofanie albo bunt bez traktowania tego jak osobistego ataku.


W klubie na Stoczni sport bardzo szybko przestaje być wyłącznie sportem. Oczywiście są treningi, przygotowania do zawodów, dyscyplina i ciężka praca, ale pod tym wszystkim kryje się coś znacznie ważniejszego – poczucie przynależności. Wielu młodych ludzi trafia tam po doświadczeniach odrzucenia, przemocy psychicznej, samotności albo przekonania, że nigdzie nie pasują.
Na sali treningowej bardzo szybko okazuje się jednak, że młodzież wcale nie ucieka od zasad. Ucieka od hipokryzji. Jeden z zawodników po treningu powiedział: „Tutaj pierwszy raz usłyszałem wprost, że albo biorę odpowiedzialność za siebie, albo nic się nie zmieni. I dziwnie dobrze było to usłyszeć”.
Jedna z wolontariuszek powiedziała: „Wcześniej wszędzie słyszałam, że młodzi mają mieć głos. Dopiero tutaj ktoś naprawdę chciał usłyszeć, co mam do powiedzenia”. I to jest ta różnica, której nie da się podrobić marketingiem. Młodzi ludzie natychmiast wyczuwają, kiedy są traktowani jak partnerzy, a kiedy jak element projektu potrzebny do zdjęcia i statystyk. Być może właśnie dlatego coraz więcej młodych ludzi wycofuje się dziś z relacji powierzchownych. Są zmęczeni światem, w którym wszystko wygląda dobrze tylko z daleka. Światem ludzi opowiadających o empatii, którzy nie mają czasu wysłuchać drugiego człowieka do końca. Światem organizacji mówiących o sprawczości młodzieży, które boją się oddać młodym realny wpływ. A przecież zmiana bardzo rzadko zaczyna się od wielkich rzeczy. Czasem zaczyna się od jednego zdjęcia. Od rozmowy po treningu. Od zauważonej ciszy. Od prostego pytania: „Co u ciebie?” I może właśnie dlatego autentyczność stała się dziś dla młodych ludzi czymś bezcennym. Nie dlatego, że brzmi dobrze w mediach społecznościowych. Dlatego, że daje poczucie bezpieczeństwa w świecie, który coraz częściej przypomina scenę pełną ludzi grających role. Młodzież nie oczekuje perfekcyjnych dorosłych. Oczekuje dorosłych prawdziwych. Takich, którzy zostają nawet wtedy, gdy kończy się projekt, gasną światła i nikt już nie robi zdjęć.
Autorki projektu „Mały Wielki Mistrz”: Katarzyna Pietrzak i Natalia Kopczyńska
-
Od lat łączy świat biznesu i działań społecznych – z jednej strony budując procesy i zespoły, z drugiej – wspierając młodzież, kobiety i osoby w kryzysie. Tworzy projekty, w których sport, psychologia i wspólnota dają ludziom siłę do zmiany. W klubie Brzostek Top Team tworzą przestrzeń, w której można nie tylko trenować ciało, ale też odbudować pewność siebie i relacje z ludźmi. Wierzy, że niemożliwe nie istnieje.





