Nowe życie. Historie Franki, Balbiny i Mony

Nie sposób zajrzeć do umysłu lisa, kaczki czy psa i dowiedzieć się, o czym marzą. Możemy jednak zadać sobie inne pytanie: czego potrzebują. Choć coraz więcej wiemy o potrzebach gatunkowych zwierząt, nadal zbyt rzadko patrzymy na świat z ich perspektywy.

 

Historie opisane w tym artykule nie odpowiadają na pytanie, o czym marzą zwierzęta. Pokazują jednak, że tam, gdzie wcześniej były cierpienie i podporządkowanie ludzkim interesom, pojawia się szacunek, relacja i życie na tyle, ile to możliwe, zgodne z ich naturą.

 

Sytuacja tych konkretnych zwierząt nie pozwala im na życie na pełnej wolności, tak więc azyl, bezpieczny dom i troskliwa opieka stały się dla nich najbliższym odpowiednikiem spełnionego marzenia. Nie dlatego, że zastępują wolność (która jest wartością nadrzędną), ale dlatego, że przywróciły tym zwierzętom to, co wcześniej zostało im odebrane. Odzyskały prawo do godnego życia.

 

Oto historie trzech zwierząt, które wygrały szczęśliwy los – lisica Franka, kaczka Balbina i suczka Mona. Niektóre ze zwierzęcych bohaterek tego artykułu poznałam osobiście i widziałam jak wygląda ich nowe życie. To historie pełne emocji i wzruszeń, a co najważniejsze kończą się happy end’em, dzięki czemu przywracają wiarę w dobro.

 

Poznajcie los wyjątkowych zwierząt i ich opiekunki: Bognę, Martę i Agatę, dla których prawa zwierząt zajmują ważne miejsce w ich umysłach i sercach, co udowadniają każdego dnia.

Franka

Franka to ruda lisica z imponującym futrem. Porusza się pewnie, z gracją i błyskiem w oku. Trudno się na nią nie zapatrzeć i nie zachwycić. Dziś mieszka w azylu dla zwierząt Psubratki.

Franka fot. Bogna Wiltowska

A jeszcze do niedawna było inaczej. Franka bała się wszystkiego. Szelestu, gwałtownego ruchu, wiatru, a najbardziej ludzi, bo to właśnie oni tak bardzo ją skrzywdzili. Lisica urodziła się na fermie futrzarskiej w 2020 roku. Takich miejsc w Polsce są setki. Długie rzędy klatek, a w nich zwierzęta, które świata poza tymi klatkami nigdy nie zobaczą. W klatce się rodzą i tam są zabijane, a potem oskórowane dla tego, co w nich piękne, a jednocześnie co jest ich przekleństwem, dla futra.

 

Fermę, z której pochodziła Franka, zapamiętałam jako miejsce grozy. Prowadziłam wiele interwencji i nie jedno widziałam. Tego dnia, w którym nasze drogi skrzyżowały się po raz pierwszy, nie miałam żadnej szczególnej intuicji. Ot, kolejne zgłoszenie o zaniedbanych zwierzętach. W tamtym czasie dostawaliśmy ich wiele. A jednak to, co zobaczyłam, dosłownie ścięło mnie z nóg – mówi Bogna Wiltowska, założycielka azylu Psubratki.

Wszystko się zgadzało: rzędy klatek, a w nich zwierzęta. Jednak zamiast kręcących się w kółko lisów, w klatkach leżały martwe ciała. W nielicznych były jeszcze żywe, pojedyncze osobniki. W większości były to przypadki, w których utrzymywano więcej niż jedno zwierzę. Temu, które przeżyło, udało się tylko dlatego, że było nieco silniejsze i zabiło swojego współtowarzysza z klatki, żeby przetrwać. Okazało się, że zwierzęta zostały pozbawione wody i jedzenia na dłuższy czas. Znalazły się w śmiertelnej pułapce. A wśród nich była właśnie Franka. 

 

Przez trzy kolejne dni jeździłam w to miejsce. Odbierałam kolejne lisy i zawoziłam je w bezpieczne miejsca, których jednak było dramatycznie mało. W Polsce miejsca, które przyjmują lisy z ferm futrzarskich, można policzyć na palcach jednej ręki. A potrzeby były przecież tak ogromne. Jak tylko moje i Franki spojrzenia się skrzyżowały, od razu wiedziałam, że ona pojedzie ze mną. Widziałam w jej oczach tyle bólu i cierpienia, że po prostu nie mogłam się od niej odwrócić – dodaje Bogna.

 

Tak więc Franka przyjechała do azylu Psubratki, który powstał z myślą o pomocy zwierzętom tzw. hodowlanym, tym najmniej „kochanym” i najtrudniejszym przypadkom. Każde zwierzę w Psubratkach może liczyć na indywidualne traktowanie, opiekę i troskę. Są tutaj gęsi z niepełnosprawnościami, lisy po traumatycznych przejściach, koci uchodźcy z ogarniętej wojną Ukrainy, kurczęta brojlery, które wymagają specjalnej diety oraz uwagi i właśnie Franka. 

 

Często mówię, że walka o prawa zwierząt to hobby dla cierpliwych. Na efekty naprawdę długo się czeka. Niezależnie od tego, czy mówimy o zmianach systemowych, walczymy o sprawiedliwość w sądzie, czy widzimy efekty w obszarze transformacji żywnościowej, to są długie lata – komentuje Bogna.

 

Długie lata zajęło również dochodzenie Franki do siebie po traumie, którą przeżyła na fermie grozy. Bywało tak, że długimi tygodniami siedziała schowana pod ziemią, w norze, którą sobie wykopała. Dla lisów kopanie jest jedną z podstawowych rzeczy w ich etogramie, a lisy urodzone na fermach nie różnią się od swoich dzikich pobratymców. W norach mają bezpieczne schronienie, co na fermach futrzarskich jest absolutnie niemożliwe. Franka spod ziemi wychodziła tylko po jedzenie i od razu uciekała z powrotem. Czasem, gdy miała lepszy dzień, wylegiwała się na huśtawce, jednak gdy kątem oka widziała, że nadchodzi człowiek, z powrotem uciekała pod ziemię. Przypominała ducha. 

 

Nie narzucałam się jej ze swoim towarzystwem. Psubratki nie powstały z myślą o tym, żeby zadowalać ludzkie ego, więc uszanowałam decyzję Franki – mówi Bogna.

 

Zwierzęta, podobnie zresztą jak ludzie, uczą się przez obserwację. Franka również obserwowała. Patrzyła na inne lisy z azylu, jak się bawią, biegają, a nawet czasem podchodzą do człowieka. Aż w końcu coś kliknęło. Zaczęła nieśmiało nosić zabawki w pyszczku. Coraz więcej czasu spędzała „na powierzchni”. Z czasem zaakceptowała obecność człowieka, ale na bezpieczną dla niej odległość. 

 

I nagle, nie wiadomo kiedy, po prostu podeszła blisko. Usiadła obok. Patrzyła. Podałam jej rękę do powąchania. Prychnęła. Po paru dniach znowu podjęła nieśmiałą próbę nawiązania kontaktu. Ugryzła mnie w palec do krwi. Ale podeszła znowu. I znowu. I znowu – opowiada Bogna.

 

I w końcu, po sześciu długich latach, ta sama Franka zaczęła domagać się pieszczot. Codziennie przesuwała granice i sama decydowała, na co ma ochotę. Drapanie za uchem. Głaskanie po szyi. Tak więc tak, walka o prawa zwierząt to hobby dla cierpliwych, ale nagroda za ten trud czasami bywa nie do opowiedzenia.

 

Balbina

Ponad pięć lat temu Balbina miała zniknąć bez śladu. Nie dlatego, że cierpiała na nieuleczalną chorobę ani dlatego, że nie dało się jej pomóc. Miała umrzeć wyłącznie dlatego, że człowiek uznał ją za odpad.

Balbina fot. Azyl Kurza Łapka

W Polsce wciąż odbywają się targi zwierząt, na których sprzedawane są pisklęta i dorosłe ptaki. Dla wielu są one jedynie towarem, mają przynosić zysk, rozmnażać się i pełnić określoną rolę. Rzadko jednak mówi się o drugiej stronie tego zjawiska. Za masowym rozmnażaniem zwierząt kryje się również cierpienie. Jednym z jego aspektów jest to, że nie wszystkie pisklęta rodzą się zdrowe. Niektóre mają wady rozwojowe, są słabsze lub niepełnosprawne. Co się z nimi dzieje? Odpowiedź jest bolesna. Wiele z nich nigdy nie dostaje szansy na życie. Jedną z takich istot była właśnie Balbina. 

Balbina została znaleziona na targu w śmietniku. Była wycieńczona i bardzo słaba. Jej dziób wykształcił się w znacznym stopniu nieprawidłowo. Jest mocno skrzywiony, przez co samodzielne pobieranie pokarmu jest dla niej trudniejsze. Dla człowieka, który ją rozmnożył, oznaczało to jedno, nie przedstawiała żadnej wartości. 

 

Na szczęście los napisał dla niej inny scenariusz. Balbina trafiła do Azylu Kurza Łapka, miejsca stworzonego właśnie dla takich zwierząt. Dla tych, którym odebrano szansę na życie tylko dlatego, że urodziły się inne. Tutaj nie liczy się wygląd ani przydatność. Liczy się życie. 

 

Balbina wymaga małej pomocy podczas karmienia, jej potrzeby są naprawdę niewielkie. Wystarczy odpowiednio gęsta papka i wysoka miseczka, z której łatwiej jest jej jeść. To wszystko. Tak niewiele potrzeba, by zwierzę mogło żyć bez cierpienia i cieszyć się każdym dniem – komentuje Marta Nowicka, założycielka Azylu Kurza Łapka. 

 

Balbina mieszka w azylu już od ponad pięciu lat. Jest pełną życia, pogodną i niezwykle towarzyską kaczką. Bardzo przywiązała się do ludzi, ufa swojej opiekunce i każdego dnia pokazuje, jak ogromną wolę życia mają zwierzęta, którym ktoś wcześniej odebrał nadzieję. Uwielbia arbuzy. Odpowiednio pokrojone zjada z wielkim apetytem, a czas spędza w towarzystwie swoich ptasich przyjaciół, korzystając z życia, którego miała nigdy nie zaznać. 

Historia Balbiny przypomina nam o czymś bardzo ważnym. Niepełnosprawność nie odbiera prawa do życia. Nie przekreśla możliwości odczuwania radości, budowania relacji i bycia szczęśliwym. Każde zwierzę, niezależnie od tego, jak wygląda i z jakimi trudnościami się mierzy, zasługuje na bezpieczeństwo, troskę i szacunek. 

 

Balbina, fot. Azyl Kurza Łapka

W Azylu Kurza Łapka każdego dnia walczymy właśnie o takie historie. O drugie szanse. O życie tych, których inni skreślili. Bo wierzymy, że każde stworzenie zasługuje na dom, w którym nie będzie oceniane przez pryzmat swojej niepełnosprawności, lecz otoczone miłością i opieką. Balbina jest najlepszym dowodem na to, że czasem wystarczy odrobina empatii, by uratować całe życie – dodaje Marta.

Mona

W przypadku suczki Mony możemy mówić nie tylko o drugiej, ale o trzeciej szansie na lepsze życie. Mona urodziła się w Białorusi, gdzie była jednym z wielu bezdomnych psów. Została złapana i w schronisku, do którego trafiła, miała zostać poddana eutanazji. Była wtedy bardzo młodym, ale dużym psem z praktycznie zerowymi szansami na adopcję.

 

Widok suczki wciśniętej do schroniskowej klatki łamał serce. Warunki były tam tragiczne. Dzięki komuś, kto nie chciał pozwolić na jej uśmiercenie, o suczce dowiedziała się Veronica pomagająca psom w Ukrainie i zabrała ją do siebie.

Suczka dostała imię nawiązujące do Mona Lisy, obrazu, którego największą tajemnicą pozostaje spojrzenie. W oczach Mony również kryje się historia, której nigdy nie poznamy w całości. Możemy jedynie domyślać się, ile przeszła, zanim znalazła bezpieczny dom.

Mona fot. archiwum prywatne Agaty Łapuchowskiej

Mona mieszkała w domu aktywistki wraz z innymi uratowanymi psami i kotami. Była wśród nich dostojną i spokojną liderką. Spokojne życie Mony w Ukrainie trwało kilka lat. W momencie eskalacji działań zbrojnych Rosji wobec Ukrainy pojawiły się obawy o bezpieczeństwo Mony i jej współtowarzyszy. Dziewczyna nie mogła podczas alarmów zabrać zwierząt do schronu dla ludzi ani do innego bezpiecznego miejsca. Podjęła trudną dla niej decyzję o oddaniu zwierząt. Szukała pomocy wśród aktywistów w Polsce i prosiła o znalezienie dla swoich psów nowych, odpowiedzialnych opiekunów. Tak się poznałyśmy.

Akcja ewakuacyjna Mony i jej współtowarzyszy została zaplanowana bardzo szybko. W czasie kiedy przedostanie się przez granicę trwało długo i czekało się na granicy w gigantycznych kolejkach. Do akcji ewakuacyjnej psów z Ukrainy zaprosiłam Agatę, potrzebowałam osób z samochodami, które mogłyby zapewnić zwierzętom bezpieczny transport. Agata zgodziła się bez wahania.

 

Akcja trwała długo. Czekaliśmy na miejscu dzień i noc, aż kolejnego dnia udało się nam odnaleźć. Opiekunka Mony przekazała nam swoje zwierzęta i wróciła do Ukrainy, gdzie mieszka do dzisiaj i pomaga lokalnie psom i kotom ewakuowanym z najbardziej niebezpiecznych regionów kraju.

 

Dla Mony rozpoczął się nowy rozdział … znowu. Od razu trafiła do domu Agaty, która na początku powiedziała, że z chęcią zapewni jej tymczasowy dom, choć po spojrzeniu i uśmiechu pewne było dla mnie, że będzie to już dom na zawsze. I tak się stało. 

 

Mona potrzebowała czasu na zaakceptowanie nowego miejsca. Była spokojna i łagodna, ale nieufna. Straciła dom, nie rozumiała, dlaczego i trafiła do obcych ludzi – komentuje Agata Łapuchowska, opiekunka Mony.

Mona, Agata i Henio fot. archiwum prywatne Agaty Łapuchowskiej

Stopniowo się otwierała wobec swojej nowej rodziny. Aż po dłuższym czasie doszło do momentu, w którym w dziwaczny sposób położyła się w domu, opierając podniesione, tylne łapy o ścianę pokoju i odsłoniła brzuch. Agata była w kontakcie z jej poprzednią opiekunką. Dowiedziała się wtedy od niej, że Mona bardzo lubi tak leżeć i że w końcu nadszedł czas, że czuje się bezpiecznie i swobodnie skoro odpoczywa w taki sposób.

Mona żyje pełnią psiego życia, z Agatą, Adamem, Heniem i równie dużym co ona, także adoptowanym psem Dino. Razem mieszkają, spacerują i podróżują.

 

Niesamowite jest obserwować, jak z dnia na dzień rodzi się więź z psem, który wcześniej doświadczył tak wiele. Takiej relacji nie da się zbudować od razu, wymaga ona cierpliwości, uważności i wzajemnego zaufania. To nie jest jednostronny proces. Dziś, po kilku latach wspólnego życia, widzimy, jak silna więź może powstać, kiedy da się zwierzęciu czas i poczucie bezpieczeństwa – komentuje Agata.

Historie Franki, Balbiny i Mony kończą się szczęśliwie, dlatego, że na ich drodze pojawiły się osoby, które postanowiły zmienić ich los. Niestety, nie każde zwierzę ma tyle szczęścia. Miliony wciąż żyją w warunkach, które nie pozwalają im realizować nawet podstawowych potrzeb gatunkowych, zamknięte w hodowlach przemysłowych, na fermach, bezdomne czy wykorzystywane dla ludzkich korzyści.

 

To, co zrobiły dla zwierząt moje rozmówczynie, jest imponujące. Jednak pomoc zwierzętom nie zawsze wymaga spektakularnych działań. Czasem zaczyna się od zatrzymania przy rannym zwierzęciu lub adopcji. Innym razem od codziennych wyborów tego, co kupujemy, jemy i jakie postawy wspieramy. Każda z tych decyzji ma znaczenie.

 

Nie wiemy, o czym marzą zwierzęta. Wiemy jednak, że każde z nich ma własne potrzeby i że natura żadnego lisa nie prowadzi na fermę futrzarską, żadnej kaczki do hodowlanej hali, a żadnego psa do schroniska czy na teren wojny. Być może właśnie od uznania tej prostej prawdy zaczyna się świat, w którym więcej zwierząt mogłoby dostać swoją drugą szansę.

Więcej o zwierzętach i relacjach z nimi przeczytasz w artykule Relacje międzygatunkowe: człowiek i inne zwierzęta.

Pytanie miesiąca

Marzysz czy twardo stąpasz po ziemi?