Altówka sposobem na opowiadanie o świecie. Krzysztof Komendarek-Tymendorf

Z Krzysztofem poznaliśmy się kilka lat temu, kiedy nasza galeria mieściła się jeszcze na Starówce. Dawna miłość do muzyki podsunęła nam wtedy pomysł, by w przestrzeni galerii organizować niewielkie koncerty kameralne – tak, aby ludzie mogli czerpać nie tylko estetyczną przyjemność dla oka, lecz także dla ucha. Nasze koncerty zawsze spotykały się z życzliwym przyjęciem i zainteresowaniem publiczności, a przy okazji przyciągały do nas nowych przyjaciół i gości.

Pewnego razu, w okresie przedświątecznym, zgłosił się do nas młody wykładowca altówki z Akademii Muzycznej w Gdańsku z propozycją zorganizowania koncertu – swoistego egzaminacyjnego przesłuchania dla studentów. Bardzo zaciekawiła mnie jego idea wprowadzenia młodych muzyków w nieco inne, mniej oczywiste dla nich środowisko i przestrzeń. Oczywiście zdecydowaliśmy się na realizację tego koncertu. Wszystko przebiegło znakomicie, a wrażenia były jak najlepsze. Z czasem wielokrotnie organizowaliśmy podobne wydarzenia, które bez wątpienia stawały się dla młodych talentów niezapomnianym doświadczeniem.

Jakiś czas później nasza galeria miała zaszczyt gościć już samego maestra wraz z jego kolegą Arno Kamińskim, który przyjechał do nas z Paryża jako część duetu smyczkowego Carte Blanche Duo del Gesù. Koncert zrobił tak silne wrażenie, że naturalnie pojawiła się chęć ponownego zaproszenia tego wspaniałego duetu do naszej przestrzeni. I rzeczywiście – wiosną ubiegłego roku odbyły się u nas jeszcze dwa koncerty tego znakomitego zespołu, zrealizowane przy wsparciu Miasta Gdańska, za co jesteśmy ogromnie wdzięczni.

Nie ma wątpliwości, że Krzysztof jest muzykiem najwyższej klasy, a jednocześnie osobowością absolutnie niebanalną. To właśnie stało się powodem powstania tego wywiadu, który z przyjemnością oddajemy w Państwa ręce.

Serhiy Savchenko: Od wielu lat łączysz działalność koncertową z pracą pedagogiczną. Co dziś najbardziej Cię inspiruje w pracy z młodymi muzykami? Jak patrzysz na nowe pokolenie – czym Cię zaskakuje, a czego Twoim zdaniem wciąż musi się nauczyć?

Krzysztof Komendarek-Tymendorf: W pracy z młodymi adeptami sztuki najbardziej inspiruje mnie ich nieodkryta jeszcze, autentyczna wrażliwość oraz entuzjazm, który przypomina mi o moich własnych początkach. Nowa generacja zaskakuje mnie swoją nadzwyczajną ambicją, fenomenalną sprawnością w przyswajaniu informacji i naturalną biegłością w świecie technologii, co otwiera przed nimi nieznane dotąd możliwości prowadzenia własnych karier już na etapie studiów.

Dostrzegam jednak, że w dobie wszechobecnego pośpiechu i cyfrowego szumu, współcześni studenci muszą na nowo odkrywać wagę niezłomnej determinacji, etosu codziennej pracowitości oraz żelaznej systematyczności. Te fundamenty rzemiosła, obok cierpliwości i pokory wobec tekstu nutowego, są niezbędne, by dzieło mogło w pełni dojrzeć. Droga do prawdziwego mistrzostwa to bowiem niezmiennie Per aspera ad astra – przez trudy do gwiazd. Staram się przekazywać im, iż autentyczne dokonania rodzą się w ciszy długotrwałego skupienia, z dala od efemerycznego blasku mediów społecznościowych. Moim celem jest wykształcenie w nich nie tylko sprawnych wykonawców, ale przede wszystkim świadomych artystów, gotowych na samodzielny i rzetelny dialog z tradycją.

Jak czujesz – czy muzyka klasyczna nadal potrafi poruszyć współczesną publiczność tak głęboko jak kiedyś? Co sprawia, że wciąż brzmi aktualnie w świecie, który zmienia się tak szybko?

Głęboko wierzę, że muzyka klasyczna posiada niezmienną moc poruszania najczulszych strun ludzkiej duszy, oferując uniwersalny język emocji, który nie poddaje się próbie czasu. W świecie zmieniającym się z zawrotną prędkością, dzieła mistrzów przeszłości stają się dla nas azylem duchowego ładu. Przypominają nam one, że Ars longa, vita brevis – choć nasze życie mknie nieubłaganie, sztuka pozostaje trwałą przestrzenią do autentycznego przeżywania fundamentalnych wartości.

Jej aktualność wynika z faktu, że dotyka ona spraw ostatecznych – tęsknoty, radości czy metafizycznego niepokoju – które pozostają niezmienne mimo postępu technologicznego. Współczesna publiczność, być może bardziej niż kiedykolwiek, potrzebuje tej głębi, która pozwala na moment zatrzymania i refleksji nad kondycją człowieka. Muzyka ta wciąż brzmi świeżo, ponieważ za każdym razem, gdy do niej powracamy, odnajdujemy w niej cząstkę siebie.

Altówkę często nazywa się „wewnętrznym głosem” zespołu. Czym ona jest dla Ciebie? Dlaczego właśnie ten instrument stał się Twoim sposobem opowiadania o świecie?

Altówka jest dla mnie czymś znacznie więcej niż instrumentem – to przedłużenie mojego głosu wewnętrznego, swoiste alter ego oraz najbardziej intymne medium komunikacji z otaczającym światem. Jej specyficzna, zmierzchowa barwa, tak bliska tembrowi ludzkiego głosu, pozwala mi na wyrażanie treści, których nie sposób ująć w słowa. Wybrałem ten instrument, ponieważ daleki jest on od oczywistego blasku skrzypiec, oferując w zamian szlachetną powściągliwość i aksamitne bogactwo, które idealnie rezonuje z moją naturą.

Przez altówkę opowiadam o świecie bez zbędnej egzaltacji, skupiając się na wewnętrznej prawdzie i niuansach, które często giną w zgiełku codzienności. To instrument „półcienia”, który nie musi krzyczeć, by zostać usłyszanym. Dla mnie jest to sposób na manifestację obecności oraz budowanie metafizycznych mostów między moją wyobraźnią a wrażliwością słuchacza. W myśl zasady In umbra veritas – w cieniu leży prawda – to właśnie w tej mniej oczywistej barwie altówki odnajduję najszczersze odpowiedzi na pytania o kondycję ludzkiego ducha.

Jak narodził się Twój muzyczny dialog z Arnaud Kamińskim? Co jest fundamentem Duo del Gesù – zaufanie, wspólne myślenie o frazie, podobna wrażliwość?

Nasz muzyczny dialog w ramach zespołu Duo del Gesù narodził się niespełna dwie dekady temu i od tamtej pory nieustannie ewoluuje, opierając się na filarach absolutnego zaufania oraz wspólnego artystycznego DNA. Fundamentem naszej współpracy jest nie tylko zbieżne odczuwanie frazy czy dbałość o detale artykulacyjne, ale przede wszystkim rzadka umiejętność porozumienia bez słów – niemal telepatyczna synchronizacja na estradzie.

Dzielimy wspólną pasję do odkrywania zapomnianej literatury na duet skrzypcowo-altówkowy, co wymaga od nas obu ogromnej dyscypliny i wzajemnej uważności. To partnerstwo pozwala nam na tworzenie nowej, nadrzędnej jakości, w której dwie odrębne osobowości zlewają się w jeden spójny, nasycony emocjami, ośmiostrunowy organizm dźwiękowy.

Zagraliście już kilka koncertów w naszej Savchenko Gallery, a niejednokrotnie zapraszałeś do tej przestrzeni także swoich studentów oraz uczniów. Jak odbierasz to miejsce? Czy obecność sztuki wizualnej wpływa na Twoją wrażliwość jako muzyka? Czy czujesz, że kontakt z obrazem, kolorem, materią zmienia Twoje odczuwanie muzyki albo sposób budowania relacji z publicznością?

Savchenko Gallery to dla mnie punkt szczególny na mapie Gdańska – swoiste locus, w którym granice między słyszalnym a widzialnym ulegają zatarciu, tworząc unikalną przestrzeń dla synestetycznych doznań. Dzieła Serhija Savchenki są dla mnie niewyczerpanym źródłem inspiracji; nie waham się przyznać, że jestem wielkim fanem Twojej twórczości, Serhiju. Każda wymiana myśli z Tobą oraz bezpośrednie obcowanie z Twoimi pracami podczas moich koncertów stanowią dla mnie niezwykle silny impuls artystyczny, sprawiając, że dźwięk zyskuje nową głębię i niemal namacalną fakturę.

Kontakt z materią malarską, nasyceniem barw czy strukturą obrazu bezpośrednio oddziałuje na moją imaginację, sugerując nowe, nieoczywiste odcienie brzmienia. Zapraszając tam moich podopiecznych, pragnę ukazać im, jak synkretyzm sztuk potrafi otworzyć artystę na holistyczne postrzeganie dzieła i uwrażliwić go na kontekst, w jakim rodzi się dźwięk. Obecność malarstwa zmienia również moją relację z publicznością – czyni ją bardziej intymną i wielowymiarową, co pozwala nam wspólnie uczestniczyć w rytuale przenikania się różnych dziedzin piękna.

Żyjemy w trudnym i dramatycznym czasie – świat doświadcza kolejnych wojen i konfliktów, pełen jest napięć i cierpienia. Jak widzisz dziś rolę muzyki, szczególnie kameralnej?

W dzisiejszym, pełnym napięć i konfliktów świecie, rola muzyki staje się formą etycznej „kotwicy” oraz manifestacją wspólnoty w obliczu cierpienia. Sztuka muzyczna, będąca w swej istocie dialogiem opartym na wzajemnym szacunku i uważności, stanowi potężną metaforę pokojowego współistnienia. Postrzegam ją jako swoisty „soft power” – subtelną, lecz niezwykle skuteczną siłę kultury, która potrafi budować porozumienie tam, gdzie inne środki zawodzą. To przestrzeń, w której możemy choć na chwilę odzyskać poczucie humanizmu i przypomnieć sobie o trwałości wartości jednoczących ludzi ponad podziałami. Muzyka ta nie oferuje prostych odpowiedzi, ale daje schronienie i siłę do zachowania wewnętrznej godności w dramatycznych okolicznościach. Jest to cichy, lecz stanowczy głos protestu przeciwko destrukcji, promujący budowanie zamiast burzenia.


Czy historia pokazuje, że w momentach kryzysu sztuka zyskuje szczególny wymiar? Jak Twoim zdaniem muzyka żyje i działa w takich czasach?

Historia wielokrotnie dowiodła, że w chwilach największych dziejowych kryzysów sztuka nabiera szczególnego, wręcz egzystencjalnego wymiaru, stając się duchowym „pokarmem” dla potrzebujących ukojenia. Muzyka w takich czasach przestaje być dekoracją, a staje się koniecznością – strefą wręcz sacrum, w której ludzka godność i nadzieja mogą przetrwać mimo zewnętrznego mroku. Działa ona niczym żywa tkanka, która łączy nas z tym, co w nas najszlachetniejsze, oferując katharsis i poczucie sensu tam, gdzie słowa zawodzą. Wierzę, że współcześnie nasza twórczość pełni podobną funkcję, będąc dowodem na to, że piękno i twórcza wola człowieka są w stanie przetrwać nawet najbardziej niszczycielskie konflikty. W myśl sentencji Inter arma non silent Musae – pośród oręża muzy nie milkną – sztuka pozostaje naszym najtrwalszym bastionem humanizmu.

Kiedy tworzysz program koncertu, co jest dla Ciebie najważniejsze – dramaturgia, dialog epok, intuicja? Czy zdarza się, że to utwór „przychodzi” do Ciebie w określonym momencie życia?

Tworząc program koncertu, zawsze kieruję się dbałością o spójną dramaturgię, która prowadzi słuchacza przez przemyślaną narrację, często opartą na dialogu odległych od siebie epok. Intuicja gra tu rolę kluczową, gdyż to ona podpowiada mi zestawienia utworów, które – choć stylistycznie różne – współbrzmią ze sobą na poziomie głębszych idei. Bywa, że to konkretne dzieło „przychodzi” do mnie w określonym momencie życia, rezonując z moim aktualnym stanem ducha i domagając się interpretacji. Staram się, aby każdy mój występ był rodzajem opowieści, w której historia spotyka się z teraźniejszością, tworząc nową, fascynującą całość. Ostateczny kształt playlisty jest więc kompromisem między chłodną analizą teoretyczną a czystym impulsem serca.

A czy tworzysz także własną muzykę jako kompozytor? Jeśli tak – czym różni się wykonywanie własnego utworu od interpretowania dzieła już napisanego przez kogoś innego?

Po godzinach spędzonych na zgłębianiu skomplikowanych struktur utworów I. Xenakisa, L. Berio, G. Ligetiego czy G. Kurtága, własna twórczość staje się dla mnie naturalnym i niezwykle potrzebnym oddechem i balansem. W tych autorskich poszukiwaniach często odkrywam, że dźwięk altówki może – i powinien – brzmieć niczym gęsty, sugestywny soundtrack filmowy, budujący całe światy w wyobraźni słuchacza.

Choć moją główną domeną pozostaje interpretacja, okazjonalnie sięgam po „pióro” kompozytorskie i improwizację, co pozwala mi na eksplorację zupełnie innej sfery wolności artystycznej. Wykonywanie własnej muzyki, szczególnie tej na krawędzi klasyki i eksperymentalnej elektroniki – jak w moich projektach z wujem Władysławem Gudonis Komendarkiem czy MonoTony Ænsemble z Zuzanną Ossowską OS.SO – jest aktem głęboko osobistym, w którym granica między twórcą a instrumentem niemal całkowicie znika. Różni się to znacząco od interpretowania dzieł innych mistrzów, gdzie z pokorą staram się odczytać intencję autora, będąc jedynie powiernikiem jego myśli. Własna twórczość jest dla mnie bezpośrednią transmisją aktualnych przeżyć – to moje swoiste artystyczne carpe diem, dające mi poczucie totalnej fascynacji procesem kreacji „tu i teraz”.

Z czego w ostatnim czasie jesteś najbardziej dumny? Nad czym teraz pracujesz – czy możesz uchylić rąbka swoich planów?

W ostatnim czasie największą dumę sprawia mi sukces albumu Violand (Agencja Muzyczna Polskiego Radia), który stanowi holistyczne spektrum polskiej literatury altówkowej i jest moim hołdem dla ojczystej kultury. Z ogromną radością wyczekuję również 17 kwietnia br., kiedy to odbędzie się premiera debiutanckiego albumu LANDING PLACE mojego zespołu MonoTony Ænsemble. Album ukaże się w legendarnej węgierskiej oficynie fonograficznej Hungaraton Records i będzie dostępny w pełnym wachlarzu wydań: na płycie CD, kolekcjonerskim winylu oraz we wszystkich serwisach streamingowych. Postrzegam to jako kolejny, niezwykle istotny krok w mojej międzynarodowej drodze artystycznej.

Obecnie moje wysiłki koncentrują się także na dalszym rozwoju kampanii społecznej ReVIOLAtion, której celem jest wprowadzenie altówki do szerokiego nurtu mainstreamu oraz wywalczenie dla niej pełnej autonomii jako instrumentu przyszłości. Równolegle, z niesłabnącym entuzjazmem, podejmuję nowe wyzwania akademickie na uczelniach w Gdańsku i Bydgoszczy oraz pedagogiczne w Szkole Muzycznej w Gdyni. Moje plany obejmują kolejne projekty nagraniowe, trasy koncertowe oraz występ w roli solisty w monumentalnym poemacie symfonicznym „Harold w Italii” Hectora Berlioza wraz z Filharmonikami Świętokrzyskimi. Wszystkie te działania – mam nadzieję – przyczynią się do dalszej popularyzacji tej niezwykłej „Damy” instrumentów smyczkowych, jaką jest altówka.

I na koniec trochę prywatnie: gdyby Twoja muzyka miała kolor, jaki by był? I czy masz swoją ulubioną nutę?

Gdyby moja muzyka miała przyjąć konkretną barwę, byłby to prawdopodobnie głęboki, królewski fiolet, gęsto przetykany smugami starego, patynowanego złota – odcień odzwierciedlający barwę altówki i jej szlachetną dostojność. Jeśli zaś chodzi o tę jedną, ulubioną nutę, to bez wahania wskazuję na pustą strunę C mojego instrumentu, której nasycona, organiczna głębia jest dla mnie symbolem prawdy brzmienia i fundamentem altówkowej duszy. To właśnie ten dźwięk najbardziej rezonuje ze mną i moją naturą, stanowiąc niezmienny punkt oparcia dla wszystkich moich artystycznych poszukiwań.

Ten niski ton zawiera w sobie pierwotny spokój i przypomina mi o moich rodzinnych korzeniach, o naturze oraz drewnie, z którego wydobywam muzykę. Wracając do tego brzmienia, w pewien sposób domykam krąg mojej opowieści – od dziecięcych lekcji u boku mamy, przez lata poszukiwań własnej drogi, aż po dzisiejszą dojrzałość. Wierzę, że w sztuce najważniejszy jest powrót do autentyczności, dlatego moją dewizą pozostaje Ad fontes – do źródeł, tam gdzie bije serce prawdziwego piękna.

Bardzo dziękuję za tę niezwykle inspirującą i głęboką rozmowę.

Krzysztof Komendarek-Tymendorf

Altowiolista-solista i kameralista. Profesor Akademii Muzycznej im. Stanisława Moniuszki w Gdańsku oraz Akademii Muzycznej im. Feliksa Nowowiejskiego w Bydgoszczy. Należy do grona czołowych polskich altowiolistów swojego pokolenia. Absolwent Akademii Muzycznej w Gdańsku (z wyróżnieniem, klasa prof. Ireny Albrecht), kształcił się także w Universität für Musik und darstellende Kunst w Wiedniu u prof. Wolfganga Klosa. Laureat międzynarodowych konkursów, występuje jako solista i kameralista w kraju i za granicą. Współpracował z czołowymi orkiestrami i artystami, koncertował na prestiżowych festiwalach muzycznych. Jest również dyrektorem Euro Chamber Music Festival w Gdańsku. Ma w dorobku liczne nagrania dla renomowanych wytwórni (Naxos, Odradek, Requiem Records), które zdobyły międzynarodowe uznanie. Dokonał prawykonań ponad 60 utworów, a współcześni kompozytorzy dedykują mu swoje kompozycje. Prowadzi działalność pedagogiczną, uczestniczy w kursach mistrzowskich i zasiada w jury konkursów muzycznych. Publikuje m.in. w Journal of the American Viola Society.

Pytanie miesiąca

Czy Twoja organizacja podąża za trendami?