NGO jako społeczny napęd turystyki biznesowej

“Chcę współpracować z NGO-sami i chcę, żeby do mnie przyszły” powiedziała mi Katarzyna Kamyszer Jabłońska, gdy rozmawiałyśmy o tym, czy organizacje pozarządowe mogłyby się odnaleźć w sektorze turystycznym. Czego zatem oczekuje się od NGO?

Magda Jabłońska: Jesteś założycielką agencji DMC Poland à la Carte? Rozszyfruj proszę, co to oznacza i czym się taka firma zajmuje.

Katarzyna Kamyszer Jabłońska: DMC, czyli Destination Management Company, to agencja zajmująca się kompleksową organizacją pobytów dla gości z zagranicy. Specjalizuję się w grupach, głównie incentive i konferencyjnych, które przyjeżdżają do Polski z konkretnym celem jak np. integracja zespołu lub rozwój organizacji. W odróżnieniu od klasycznych tour operatorów, muszę dobrze znać potrzeby klientów i tworzyć programy „szyte na miarę” dlatego właśnie moje hasło to “a la carte”. To wymaga dużego wyczucia, znajomości realiów firm i doświadczenia w pracy z ludźmi.

Powiedziałaś “incentive”? Co to znaczy?

To forma podróży motywacyjnej. „Incentive” to z angielskiego „bodziec”, “stymulacja” — chodzi o pozytywne doświadczenia, które dają impuls i wpływają dobrze na atmosferę w zespole, wspierają innowacyjność i kreatywność. Dziś firmy szukają głębszych wartości — nie chodzi już tylko o zabawę, ale o sensowne działania budujące kulturę organizacyjną.

Zwłaszcza że mamy dziś rynek pracownika, który oczekuje więcej niż kiedyś. Liczą się nie tylko benefity finansowe, ale także możliwości rozwoju.

Zdecydowanie. Widzę to zwłaszcza na rynku szwedzkim, z którym pracuję od ponad 20 lat. To bardzo świadomi klienci — dbają o zrównoważony rozwój i kulturę organizacyjną, przywożą do Polski swoje „perełki” firmowe, by się integrowały i rozwijały. Czuję wobec nich odpowiedzialność — chcą się dobrze bawić, ale też czegoś doświadczyć, czegoś się nauczyć. Szwedzi są moim punktem odniesienia. Chciałabym, by turystyka doświadczeń była tak samo świadoma w Polsce — ale tu często odbijamy się od ściany, zwłaszcza jeśli chodzi o dostawców usług. Choć i tu widać postęp.

Bo Ty jako DMC firmujesz jakość swoimi decyzjami, swoją twarzą.

Tak. DMC to firma odpowiedzialna za całokształt — zarówno logistykę, jak i zgodność działań z wartościami klienta. Dlatego bardzo dobrze muszę znać swoich partnerów lokalnych, dostawców usług i współpracowników. To jak oni wykonają swoją pracę, odbije się na opinii o mojej agencji. Co więcej, moja baza kontaktów i potencjalnych zleceniobiorców musi być bardzo bogata i różnorodna, bym miała z czego wybierać układając bardzo precyzyjne, szyte na miarę menu dla klientów.  

 A czy lokalne organizacje pozarządowe i podmioty ekonomii społecznej są dla Ciebie potencjalnymi dostawcami usług lub produktów?

Bardzo bym chciała, ale nie wiem, gdzie szukać takich partnerów. Przecież w zrównoważonym rozwoju chodzi też o angażowanie lokalnej społeczności, zielony łańcuch dostaw i społeczną odpowiedzialność biznesu, czyli CSR. Mój klient wymaga ode mnie takiego właśnie “społecznego” podejścia i dla mnie współpraca z NGO-sami byłaby spełnieniem tych oczekiwań. Szkoda, że nie zdają sobie sprawy, że są naturalnym partnerem w tym układzie. Tymczasem ja patrzę na nich z perspektywy biznesu i choć potencjał jest ogromny, organizacje jeszcze sobie nie radzą oraz nie wiedzą, jak mądrze go wykorzystać. 

Czy to znaczy, że NGO-sy mogłyby “bardziej”  zaistnieć w turystyce biznesowej?

Oczywiście! Chociażby nawiązując relacje z tour operatorami, ale przede wszystkim bezpośrednio z branżą HORECA (czyli hotele – restauracje – catering) lub agencjami eventowymi. To olbrzymi sektor. Pamiętajmy, że wiele firm ogarnia sonie wyjazdy biznesowe czy integracyjne samodzielnie. 

Rozumiem. Czyli jak będą poszukiwać np. lokalnych atrakcji, integracyjnych szkoleń czy dziedzictwa historycznego to spytają się hotelu, czy może im wskazać kogoś z okolicy? 

Dokładnie! Gdybyś teraz powiedziała mi: „Kasia, zrobiłam listę dziesięciu lokalnych dostawców – catering, aktywności nad wodą, gadżety, warsztaty artystyczne, gry miejskie” – to ja bym podskoczyła z radości i pomyślała: „Magda, dlaczego ja o tym nie wiem?!”. Ale jestem przekonana, że nie masz takiej bazy. Masz?

Mam, bo współpracuję z setkami pomorskich NGO i PES i dobrze znam ich działalność. Można powiedzieć, że to akurat jest mój klient. Tylko szczerze – z tej dziesiątki na liście dla Ciebie za pięciu mogę ręczyć, jeśli chodzi o umiejętność budowania partnerstw i znajomość specyfiki współpracy z biznesem. Wiem, że robią fajne rzeczy, ale połowę z nich musiałabym w jakiś sposób nadzorować. Jednak i tak jest coraz lepiej niż 5 lat temu. 

I to pokazuje, jak duża jest potrzeba edukacji. Często organizacje nie wiedzą, że mogą być świetnym partnerem. A przecież wachlarz działań jest ogromny – koła gospodyń wiejskich z kulinariami i rękodziełem, firmy cateringowe, animacje… Problemem jest marketing. Zwłaszcza online. Pytanie: czy NGO-sy są na TikToku? Na Instagramie? A nawet na LinkedInie? Bo najczęściej kończy się na Facebooku, często bez własnej strony. I to jest okej, ale ogranicza możliwości.

To powiedz, jak według Ciebie NGO powinno być przygotowane do współpracy?

Co bym zrobiła na miejscu NGO-sa? Napisałabym do mnie maila: „Pani Kasiu, robimy to i to. Czy widzi Pani możliwość współpracy?”. I ja wtedy się przyglądam. Bo – jak mówiłyśmy – potrzebuję dużej bazy dostawców, żeby dobrze „nakarmić” klientów: kulinarnie, ale też duchowo. Chodzi mi o to, żeby ludzie wyjechali z Polski z poczuciem, że doświadczyli czegoś wyjątkowego. Smaczne jedzenie, ciekawe aktywności, gościnność.

Dlatego tak bardzo dbam o dobór doświadczeń – zgodnych z tym, czego ludzie potrzebują. Obsługuję głównie firmy, więc program musi być dopasowany do ich profilu. Pracuję z branżą budowlaną, z architektami – i potrzebuję też ekspertów z tych dziedzin. W tym kontekście otwiera się miejsce na współpracę z NGO-sami. Przecież one też mają różne specjalizacje – może będę potrzebować kogoś od architektury krajobrazu.

A Szwedzi szczególnie kochają wszystko, co „zielone” i zero waste.

Dla szwedzkiej firmy spotkanie z lokalnym NGO-sem to ogromna wartość dodana. Ja nie robię sztampy – lubię łączyć różne światy, eksperymentować. Od lat chcę współpracować z NGO-sami. Tylko… chciałabym, żeby to oni przyszli do mnie. Bo jeśli się dogadamy, to to będzie wartość dodana – nie tylko dla mnie, ale przede wszystkim dla moich klientów.

Magda, co dla Ciebie jest najważniejsze w turystyce?

Doświadczanie, emocje, odkrywanie czegoś nieoczywistego. Lubię chodzić poza turystycznymi ścieżkami.

No właśnie! Po co tam chodzisz? Po emocje, po przygodę, po kontakt z ludźmi. Ja też nie wybieram się w pewne rejony świata, bo nie wiem, czy doświadczyłabym tam spotkania z drugim człowiekiem. Dla mnie turystyka to są ludzie. To emocje z interakcji.

To jest specjalnością sektora społecznego – ludzie, pasja, relacje.

Właśnie tak. Jeśli zbudujemy wzajemne zaufanie, jeśli NGO zrozumie moje potrzeby – dogadamy się. Chodzi przecież o spotkanie z człowiekiem. Marzy mi się np. organizacja gry miejskiej, która nie byłaby kolejnym produktem agencji eventowej, tylko czymś bardzo lokalnym. Grą, która pozwala ludziom „zbłądzić”, odkrywać Gdańsk na nowo.

A przy tym temat takiej gry może mieć wymiar społeczny. NGO-sy mają wiedzę, której nie mają komercyjne firmy eventowe. Możemy np. zabrać grupę do domu sąsiedzkiego, pokazać ceramikę tworzoną przez seniorów. Tego nie pokaże tradycyjna agencja.

I właśnie wtedy, pokazując taką ceramikę, chciałabym, żeby pojawił się jeszcze lokalny element – pierożek, miodek, koronka. Ja „sprzedaję” Polskę, polskość. Jeśli jakaś organizacja zechce współpracować, to musimy wspólnie zdefiniować, co w danym miejscu jest wyjątkowe. Potrzebuję do tego całej oprawy.

Tradycje lokalne, dziedzictwo kulturowe, rękodzieło, sztuka – to mocne strony regionalnych organizacji.

Mój klient chce doświadczyć lokalnego kolorytu. Zatańczyć poloneza z animatorem w stroju ludowym, nauczyć się piosenki po polsku albo kilku słów po kaszubsku. I to są rzeczy, które NGO-sy mogą robić z powodzeniem i na dużą skalę. Jak się tym pochwalę na LinkedInie, ktoś z zagranicy zobaczy, że tu mieszkają kreatywni, szczęśliwi ludzie.

Czemu akurat LinkedIn?

Bo tam są HRowcy – ci, którzy odpowiadają za dobrostan pracowników. Oni szukają dokładnie tego, co ja im dostarczam. Robię turystykę well-being, a firmy coraz częściej organizują eventy w tym stylu. Chcą, żeby ludzie czuli się dobrze.

Wiesz, co mi teraz przyszło do głowy? Fajnie by było, gdyby istniała jakaś baza albo organizacja pozarządowa, która skupiałaby freelancerów, znających sektor społeczny. Coś jak agencja, tylko dla NGO-sów – taki bank ludzi, których można „wynająć” do projektów.

Coś w rodzaju biura pośrednictwa pracy, tylko z trzeciego sektora?

Dokładnie! Bo wiesz, często potrzebuję konkretnych osób do projektu – animatorów, koordynatorów – kogoś, kto zadba o moją grupę. Żeby mieli swojego lokalnego opiekuna mającego kompetencje społeczne, który wie, co to znaczy animacja. Powiem Ci szczerze – czasem muszę zapłacić ponad tysiąc złotych pilotowi czy przewodnikowi, który ogarnie sprawy z dostawcami usług. A jakbym miała fajną osobę – z poczuciem humoru, z energią – to mówię klientowi: „To nie jest przewodnik, tylko Wasz lokalny opiekun”, to oni i tak zapłacą te same pieniądze. 

Bo to chodzi o relacje

Dla mnie w biznesie najważniejszy jest człowiek. Ludzie chcą pogadać o życiu. A osoby z NGO-sów mają ten pierwiastek ludzki. Są z natury animatorami społecznymi – mają to we krwi. Czasem jestem na grach miejskich robionych przez agencje eventowe – jest spoko, ale często brakuje pasji, świeżości i takiego naturalnego daru do budowania atmosfery. Zatrudniłam kiedyś animatora za 600 zł na 4 godziny. Miał przewieźć grupę z lotniska, w stroju kaszubskim, i coś opowiedzieć – z humorem, z energią. A moja klientka powiedziała mi potem: „Wiesz co, nie czuję się zanimowana”. No i za co ja płacę?

Za strój?

No właśnie. Za wypełniacz stroju. Dlatego potrzebuję po prostu fajnych ludzi. Do pracy z ludźmi. I to jest świetny wątek – bo NGO-sy to potrafią. To są ludzie z pasją. Przecież do trzeciego sektora nie wchodzi się z przypadku. Wchodzi się z serca.

Katarzyna Kamyszer Jabłońska promuje Polskę jako destynację turystyczną, skupiając się nie tylko na turystyce i rekreacji, ale także edukacji w zakresie polskich osiągnięć naukowych i kulturalnych. Gotuje wyjątkowe pobyty w Polsce dla zorganizowanych grup – firm oraz innych organizacji. Specjalizuje się w turystyce doświadczeń.Zaprasza także do kontaktu katarzyna@polandalacarte.pl

Pytanie miesiąca

Czy rozumiesz pojęcie odporność społeczna?