Grupa Upiększania Miasta (GUMa) to społeczna inicjatywa, która odnawia miejską przestrzeń, usuwa z niej ślady wandalizmu i dba o estetykę naszych miast. Założyciel ruchu, Mateusz, z wykształcenia architekt, rozpoczął swoją działalność we Wrocławiu. Dziś grupy upiększania miast działają już w kilku największych miastach Polski. Zainspirowany bezinteresowną troską o przestrzeń publiczną, którą dostrzegł u starszego pana w Hiszpanii, postanowił zaszczepić podobną wrażliwość na miejską estetykę także wśród Polaków. Grupy tworzą wolontariusze i wolontariuszki, którzy spotykają się, by wspólnie poprawiać wygląd i dbać o przestrzeń, w której żyjemy na co dzień.
Adrianna Wałdoch: Dlaczego zadbana i estetyczna przestrzeń jest tak ważna dla ludzi? Czy naprawdę ma znaczenie, czy ściana jest oklejona plakatami i bazgrołami, czy pozostaje czysta i zadbana?
Mateusz: Estetykę i czystość przestrzeni miejskiej lubię porównywać do porządku w domu. Chyba każdemu zdarzyło się zamiast odłożyć ubranie do szafy, w pośpiechu rzucić je na krzesło. Później idziemy zrobić sobie herbatę, zapominając, że poranny kubek nadal stoi na stoliku. Z czasem dochodzą kolejne ubrania, kubki, porozrzucane zeszyty i w ten sposób powstaje bałagan. Każda następna rzecz sprawia, że coraz mniej zwracamy uwagę na resztę i przestajemy mieć wyrzuty sumienia, że coraz bardziej bałaganimy.
Gdy pokój jest idealnie posprzątany, wtedy pilnujemy się bardziej, aby jak najdłużej utrzymać ten porządek. I chyba każdy z nas lepiej czuje się w takiej czystej przestrzeni niż w całkowitym bajzlu.
Dokładnie tak samo działa to w mieście. Na zadbanej ulicy nawet jeden śmieć na chodniku czy pojedynczy bazgroł na budynku od razu zwracają uwagę i chcemy się ich pozbyć. Ale gdy wokół są setki reklam i plakatów, tysiące śmieci na ulicach, a każda elewacja jest pokryta tagami, wyrzucenie kolejnego papierka czy namalowanie następnego napisu wydaje się nie robić żadnej różnicy.


Wasza inicjatywa jest dla mnie, jako miłośniczki urbanistyki, takim skrytym spełnieniem marzeń. Sama wielokrotnie myślałam, że podobne działania mogą być niestety syzyfową pracą – zwłaszcza w czasach, gdy coraz mniej osób traktuje przestrzeń, w której żyje, jak „własną”. Przewaga wynajmu, budowanie osiedli bez spójności estetycznej czy pogłębiająca się anonimowość sąsiedzka, sprawiają wrażenie, że podwórko staje się tak naprawdę niczyje. Czy zdarzały Ci się momenty bezradności albo zwątpienia?
Oczywiście bezradność i zwątpienie zdarzają się każdemu, jednak nie potrafię przechodzić obok takich rzeczy obojętnie. Tym bardziej że mieszkając przez 1,5 roku w Holandii zobaczyłem, że naprawdę da się to zmienić.
Da się ograniczyć chaos reklamowy, da się walczyć z nielegalnym graffiti, da się zazieleniać ulice i tworzyć z nich miejsca spotkań, a nie tylko przestrzenie służące komunikacji.
Wierzę, że nasze miasta mają ogromny potencjał. Potrzebują tylko mieszkańców, którzy zaczną o nie dbać i traktować je jako wspólną własność. Każde odnowione miejsce, wyremontowana kamienica, osoba podnosząca śmieć czy dbająca o zieleń daje mi motywację i utwierdza w przekonaniu, że tak może wyglądać całe miasto. Czasem wystarczy tylko wskazać kierunek i pokazać rozwiązania, które pozwolą go osiągnąć.



To jakie miasto, Twoim zdaniem, jest przykładem do naśladowania?
Tu niedoścignionym wzorem jest Holandia, gdzie od dziesięcioleci wiele miast rozwija się zgodnie z ideami, które później opisywał Jan Gehl. Uczył on, że ulice nie powinny być jedynie przestrzenią komunikacji, ale przede wszystkim miejscem życia. To tutaj spotykamy sąsiadów, wychodzimy na spacer z psem lub dzieckiem, odpoczywamy czy jemy obiad przy zewnętrznym stoliku. Ulice powinny być projektowane tak, aby były przyjazne i zachęcały ludzi by spędzać na nich czas.
Każdy z nas ma przy swoim budynku jakąś ulicę. Możemy pójść śladem wielu amerykańskich miast i tworzyć piękne budynki oraz wnętrza, do których trzeba dotrzeć samochodem, spędzając godzinę w zakorkowanym centrum. Możemy też tworzyć piękne ulice i sprawić, aby codzienne życie mogło toczyć się w najbliższym otoczeniu naszego domu.
To, co najbardziej mnie zachwyciło w Holandii, to determinacja, z jaką mieszkańcy i projektanci starają się sprawić, aby na ulicach zawsze ktoś był. Oprócz ograniczania liczby samochodów i odzyskiwania przestrzeni pod zieleń, projektuje się wejścia do mieszkań bezpośrednio z poziomu ulicy, duże okna wychodzące na przestrzeń publiczną oraz rozwiązania pozwalające mieszkańcom zagospodarować fragment przestrzeni przed swoim domem.
Dzięki temu ludzie zaczynają traktować ulicę nie jako anonimową przestrzeń, ale jako przedłużenie swojego domu. Pojawia się więcej zieleni, ławek i miejsc do spędzania czasu. Widoczność z mieszkań sprawia natomiast, że ulica jest bardziej obserwowana i naturalnie staje się bezpieczniejsza. Takie pozornie małe decyzje wpływają na całą przestrzeń i pomagają budować sąsiedzkie relacje, wspierają lokalne inicjatywy i sprawiają, że ludzie zaczynają bardziej troszczyć się o swoje otoczenie.
Ale są osoby, które uważają, że graffiti i zaniedbane ściany nadają miastu charakter. Dla niektórych to także forma wyrażania swojej „twórczości”. Gdzie jest granica między street artem a zwykłym wandalizmem?
Uważam, że graffiti i tagi są pewnego rodzaju sztuką i mogą nadawać miastom kolorytu, jednak powinny powstawać w wyznaczonych do tego miejscach. Trzeba pamiętać, że każdy ma inne poczucie estetyki. Niektórzy lubią chaos, jaskrawe kolory i ekspresję, inni natomiast wolą, gdy przestrzeń jest spójna, uporządkowana i czysta.
Miasta powinny być projektowane tak, aby każdy mógł czuć się w nich dobrze. Powinny znaleźć się w nich zarówno miejsca bardziej odważne i eksperymentalne, jak i te spokojne oraz uporządkowane. Nie możemy jednak pozwolić na to, aby jedna grupa społeczna definiowała estetykę całego miasta, ulic czy przestrzeni, stawiając swoją estetykę ponad estetykę mieszkających tam ludzi.
Najbardziej smuci mnie fakt, że gdy próbuję coś wyczyścić albo sprzątam jakieś miejsce, często zaczepiają mnie starsze osoby, mówiąc, żebym dał sobie spokój. Opowiadają, że przez lata próbowali dbać o swój budynek, ale zawsze ktoś przychodził i niszczył ich pracę, aż w końcu po prostu odpuścili.
Dla kogoś może to być tylko jeden tag i odrobina więcej koloru w mieście. Dla innych zniszczenie wielu lat pracy i powód, by przestać troszczyć się o swoje otoczenie. Jeden napis może z czasem przerodzić się w całą zamazaną elewację, następnie nieposprzątane śmieci, potłuczone szkło czy zaniedbaną i rozdeptaną zieleń przed budynkiem. Wszystko dlatego, że osoby, którym zależało, po prostu się poddały.
Idąc krok dalej, taka przestrzeń zaczyna zniechęcać do otwierania tam nowych usług. Witryny pozostają puste, osoby, które mogą sobie na to pozwolić, przeprowadzają się do nowych, zadbanych osiedli, a miejsce stopniowo staje się przestrzenią, w której coraz mniej osób chce żyć.
A wszystko może zacząć się od tego, że mieszkańcy, zmęczeni ciągłym wandalizmem, przestają wierzyć, że warto dbać o swoje otoczenie.
Różnica między street artem a wandalizmem polega na tym, że street art może dodawać życia smutnym lub opuszczonym miejscom. Wandalizm natomiast odbiera to życie i jakiekolwiek chęci mieszkańców by dbać o wspólną przestrzeń.

Pamiętam, że będąc w Krakowie, byłam w szoku, jak zamalowane są ściany budynków Starego Miasta. Miałam wrażenie, że w Gdańsku, w którym mieszkam, jest tego mniej. Czy zauważyliście, że wizualny nieporządek różni się w zależności od regionu?
W wielu miastach duża część bilbordów i reklam funkcjonuje bez wymaganych zgód. Ustawa krajobrazowa, która daje samorządom narzędzia do uporządkowania tej przestrzeni, jest bardzo niechętnie wykorzystywana. Mimo że możliwość jej wdrażania istnieje od kilku lat, wciąż tylko część samorządów zdecydowała się na przyjęcie odpowiednich uchwał lub rozpoczęła prace nad ich wprowadzeniem.
Podobnie wygląda sytuacja z nielegalnymi ogłoszeniami na słupach. Właściciele firm, które korzystają z takiej formy reklamy, często nie ponoszą realnych konsekwencji, między innymi dlatego, że trudno jednoznacznie udowodnić, kto dokładnie umieścił dane ogłoszenie. Jednocześnie takie reklamy często pozostają na miejscu, co sprawia, że przestrzeń publiczna zaczyna być traktowana jak darmowa tablica ogłoszeń.
Na graffiti również często przestaliśmy zwracać uwagę. W polskim prawie uszkodzenie elewacji przez graffiti nie zawsze jest traktowane jako trwałe uszkodzenie mienia, ponieważ teoretycznie można je usunąć. W praktyce jednak usunięcie farby z niektórych powierzchni może wymagać specjalistycznych metod i kosztować nawet kilkanaście tysięcy złotych. Mimo tego stosunkowo niewiele przypadków kończy się realną odpowiedzialnością sprawców, a nakładane kary często nie odpowiadają skali problemu.
I tak można wymieniać dalej. Prace nad planami miejscowymi często trwają bardzo długo, a paradoksalnie wiele inwestycji powstaje właśnie tam, gdzie takich planów brakuje. Prowadzi to do chaosu zarówno wizualnego, jak i przestrzennego.
Problem dotyczy również terenów podmiejskich. Niektóre gminy i miejscowości skupiają się przede wszystkim na zwiększaniu liczby mieszkańców i wpływów, nie zawsze uwzględniając, czy istniejąca infrastruktura, transport i usługi są w stanie obsłużyć tak szybki rozwój. W efekcie powstają tysiące nowych domów, a możliwość stworzenia dobrze zaplanowanych, funkcjonalnych osiedli zostaje bezpowrotnie utracona.
Dlatego tak ważne jest zwiększanie świadomości mieszkańców i wywieranie społecznej presji. Jeśli pewne problemy są przez lata ignorowane, musimy sprawić, aby po prostu przestały być społecznie akceptowalne.
Na zakończenie, jakie jest Twoje estetyczno-urbanistyczne marzenie?
PLANOWANIE
Marzę o tym, aby nasza przestrzeń nie była pozostawiona sama sobie, ale by każda decyzja wynikała z przemyślanego planu. W Holandii nie mogłem wyjść z podziwu, jak biura, z którymi miałem styczność, otrzymywały zlecenia na opracowywanie strategii rozwoju konkretnych terenów nawet na 100 lat do przodu.
Tam już dziś planuje się, gdzie w przyszłości dobudować nowe lądy na morzu, gdzie powstanie kolejnych kilkanaście miast, jakie tereny będą mogły zostać zrekultywowane na lasy, a które zostawić niezabudowane, by umożliwić ich zalanie w przypadku podnoszącego się poziomu wód.
Uważam, że my również nie powinniśmy patrzeć wyłącznie przez pryzmat krótkoterminowych zysków kolejnych inwestycji deweloperskich czy reklam w przestrzeni publicznej, ale myśleć o tym, jakie decyzje by mogły przynosić nam zyski za kilkadziesiąt lat.
Bo co, jeśli nasze miasta staną się bardziej estetyczne i przyjazne? Być może dzięki temu będziemy lepiej się w nich czuli, będziemy bardziej aktywni, a dzięki temu też dłużej żyli. Przyjedzie więcej turystów, a kolejni inwestorzy dostrzegają potencjał naszego kraju pod wielkomilionowe inwestycje.
Ważne jest, by ludzie podejmowali świadome decyzje i wiedzieli,jakie dają możliwości.
Niestety polska debata publiczna często opiera się na polaryzacji. Jeśli jedna strona proponuje jakieś rozwiązanie, druga automatycznie próbuje zrobić coś przeciwnego. Zamiast rywalizować o to, kto przedstawi lepszą wizję rozwoju, często skupiamy się na sporach o pojedyncze inwestycje, ścieżki rowerowe czy miejsca parkingowe.
W ten sposób oddajemy deweloperom i przypadkowi ostatnie możliwości kształtowania przemyślanych, funkcjonalnych i inteligentnych miast.


Dołączyć do akcji nie jest trudno. Jak się zaangażować?
Zaangażować się może każdy, wystarczy zacząć działać i poprawiać swoje najbliższe otoczenie. Jeśli nie chcesz robić tego sam, poszukaj wsparcia wśród sąsiadów albo na grupkach GUMY.
A jeśli zależy Ci na tym, aby całe miasto stawało się piękniejsze, dołącz do większych akcji, które będziemy wspólnie organizować.







