Pozarządowa nie lekkość bytu: Innowacyjność nie jest dodatkiem dla NGO. Gość Teodor Klincewicz

Innowacje społeczne to nowe działania, których celem jest poprawa jakości życia osób i całych grup społecznych. Nowość nie musi oznaczać przełomowego wynalazku, tylko często polega na zastosowaniu znanego rozwiązania w nowym kontekście społecznym albo na jego upowszechnieniu i skalowaniu. Obejmują one zarówno cele, jak i środki: nowe idee, produkty, usługi i modele działania, które skuteczniej odpowiadają na potrzeby społeczne, tworząc nowe relacje oparte na współpracy i prowadząc do trwałej zmiany społecznej. Jak podkreśla Narodowe Centrum Badań i Rozwoju, kluczowe jest tu projektowanie rozwiązań, które nie kończą się na projekcie, lecz realnie zmieniają rzeczywistość.

Co istotne, innowacje społeczne nie są wcale nowym wynalazkiem ani trendem. Już na przełomie XIX i XX wieku socjologowie opisywali je jako procesy zachodzące w relacjach społecznych i prowadzące do zmiany społecznej. Przez kolejne dekady pojęcie to ewoluowało: od analiz wpływu innowacji technologicznych, przez badania relacji społecznych, aż po szerokie ujęcie innowacji jako procesu zmiany społecznej. Przełom nastąpił na początku XXI wieku, gdy to właśnie nowe formy współpracy, organizowania się ludzi i budowania relacji zaczęto uznawać za sedno innowacji społecznych, spychając technologię na dalszy plan.

Patrząc na to z perspektywy sektora pozarządowego, trudno oprzeć się wrażeniu pewnego paradoksu. Z jednej strony innowacje społeczne funkcjonują dziś jako osobny „obszar”: z własnymi programami, konkursami, ekspertami i etykietami. Z drugiej –  organizacje pozarządowe z definicji robią dokładnie to, co opisują wszystkie definicje innowacji społecznych. Powstają po to, by odpowiadać na niezaspokojone potrzeby, przełamywać bariery, testować nowe rozwiązania tam, gdzie zawodzą rynek i administracja publiczna, i wprowadzać zmianę społeczną w praktyce, a nie na papierze.

Zauważyłam, że lubimy dzielić rzeczywistość na części: osobno innowacje społeczne, osobno ekonomia społeczna, osobno „zwykły” sektor NGO. Jakby były to odrębne światy. Tymczasem organizacje pozarządowe są jednocześnie aktorami zmiany społecznej i elementem gospodarki. Te obszary są ze sobą ściśle powiązane, a różnice między nimi często mają charakter bardziej umowny niż realny. Innowacyjność nie jest dla NGO dodatkiem, lecz metodą działania, czasem efektem pracy, a stabilność finansowa – warunkiem przetrwania.

Dlatego rozmowę o innowacjach społecznych chcę potraktować nie jako opowieść o kolejnym wyodrębnionym „sektorze w sektorze”, ale jako refleksję nad tym, dokąd zmierza zmiana społeczna tworzona przez ludzi i organizacje działające najbliżej realnych problemów. O tym, jak innowacje społeczne zmieniały się na przestrzeni lat, jakie obszary dziś obejmują, w jakim kierunku zmierzają i jak można je finansować, rozmawiałam z redaktorem naczelnym portalu Innowacjespoleczne.pl, Teodorem Klincewiczem.

Zaczęłam spotkanie od pytania, co decyduje o tym, że dane działanie można nazwać innowacją społeczną. Według niego kluczowy jest cel społeczny, “który musi być prymarny. Musi odpowiadać na realne potrzeby społeczne. A jednocześnie, żeby było innowacją, musi być w jakiś sposób nowatorskie”. Jednocześnie innowacja społeczna nie polega wyłącznie na spektakularnym wynalazku. Często jest nią proste rozwiązanie odpowiadające realnym potrzebom ludzi. Jak mówi Klincewicz, definicje i teoretyczne debaty są przydatne w akademii, ale w praktyce większość osób intuicyjnie wie, czym jest innowacja społeczna.

Zauważył też wyraźną zmianę w podejściu do projektowania innowacji. Choć wciąż pojawiają się duże, złożone projekty, coraz częściej inicjatywy są bliżej człowieka, lokalne i niewielkie, ale realnie zmieniające otoczenie. Wskazuje na przykłady, które dziś wydają się oczywiste – hospicja, transport publiczny, biblioteki, które kiedyś zaczynały się jako drobne lokalne projekty, a dopiero później zyskały skalę ogólnokrajową.

Proces innowacji społecznej, jak podkreśla mój rozmówca, bywa często niewidoczny. Coś zaczyna się w jednym miejscu, od pojedynczej inicjatywy, i dopiero po latach staje się powszechne. Wtedy przestaje być postrzegane jako innowacja,  bo staje się po prostu częścią codzienności. Jak trafnie podsumowuje: “Nim zorientujemy się, że to była rewolucja, przestaje być innowacją, bo staje się na tyle popularne, że traktujemy je jak coś oczywistego”.

Rozmawialiśmy też o tym, jak zmieniało się rozumienie innowacji społecznych. Teodor Klincewicz zwrócił uwagę, że przez pewien czas panuje przekonanie, że innowacja musi być cyfrowa.

Jeszcze kilka lat temu, zwłaszcza w pandemii, cyfrowość była bardzo ważna i pomocna. Ale dziś od tego trochę odchodzimy. Cyfrowość może być pułapką.

Wyjaśnił, że wiele terminów związanych z innowacjami, takich jak „inkubacja”, „skalowanie” czy „model biznesowy”, zostało pożyczonych z nauki, technologii i biznesu, co skutkowało przekonaniem, że innowacje społeczne muszą być spektakularne, technologiczne. Tymczasem nowe rozwiązania w zakresie warsztatów czy lokalnych projektów też są innowacyjne, choć nie błyszczą ekranem.

Cyfrowe rozwiązania, jak podkreślił, są kosztowne i skomplikowane, wymagają specjalistycznych kompetencji, stałego utrzymania, aktualizacji i adaptacji do zmieniającego się środowiska technologicznego.

Prawda jest taka, że zmienić coś w systemie, w aplikacji, gdzie każdy element wpływa na resztę, jest bardzo trudne. Brakuje jednego guziczka, a trzeba zmienić wszystko. To jest ta pułapka.

Jednocześnie zauważa, że rozwiązania cyfrowe mają ogromny sens, szczególnie w kontekście dostępności: od czytników, po aplikacje ułatwiające życie osobom z niepełnosprawnościami. Problem pojawia się, gdy skala projektu jest ograniczona. Sieciowe narzędzia działają tylko wtedy, gdy uczestników jest wystarczająco dużo; jeśli nie, efekt rozproszenia może je unieważnić.

Wniosek jest jasny: innowacje społeczne nie muszą być technologiczne, a często najprostsze rozwiązania są najskuteczniejsze, zwłaszcza w lokalnym kontekście. Digitalizacja jest narzędziem, nie celem, a skuteczność zależy od tego, kto je utrzymuje, w jaki sposób działa i do ilu osób dociera.

Rozmawiając o praktycznych mechanizmach wspierania innowacji, zwróciliśmy uwagę, że aspekt “nowości” jest jednakże wymagany przez inkubatory, które prowadzą programy finansujące projekty, a więc “mają obowiązek sprawdzić, czy dana inicjatywa już nie powstała. Jeśli powstała wcześniej, nie może być rozwijana w inkubatorze” – tłumaczy.

Celem tych programów inkubacji jest testowanie nowych rozwiązań, często na małą skalę, zanim trafią do szerszego zastosowania. To pozwala eksperymentować, weryfikować pomysły i dopiero później decydować o ich szerszym wdrożeniu.

Kiedy spytałam Teodora, jakie cechy powinien mieć pomysł na innowację, podkreślił, że ważna jest skalowalność. Równocześnie zaznacza, że w ostatnich latach zmienia się sposób, w jaki innowacje są skalowane. Przykładem jest program „Innowacje w samorządzie” prowadzony przez Fundację Fundusz Współpracy, dzięki któremu jednostki samorządu terytorialnego mogą ubiegać się o dofinansowanie wdrożenia wybranych innowacji społecznych.

Fajnie jest rozwijać rozwiązanie, które nie działa tylko „u mnie w mieszkaniu”, lecz z którego będzie mogło skorzystać wiele osób – tłumaczy.

Zwraca także uwagę na dwie kluczowe kwestie, które pomagają ocenić potencjał innowacji: trwałość i użyteczność. Czy pomysł ma szansę przetrwać po etapie prototypowania? Kto będzie za niego płacił? Kto będzie go używał? Czy nie jest zbyt drogi lub skomplikowany? A może zbyt silnie bazuje na lokalnych zasobach albo na wyjątkowych cechach osoby, która go wymyśliła?

Bardzo często innowacja silnie zależy od konkretnej osoby — jej kompetencji, charyzmy czy uroku osobistego, które przyciągają ludzi i pozwalają przeprowadzić działanie. W innych miejscach może to nie zadziałać – mówi.

Dlatego w systemie inkubatorów i przy procesie skalowania projektów zwraca się uwagę także na to, czy pomysł można uprościć i przystosować do innych warunków. Teodor uspokaja jednak, że nie należy się tego bać: proces inkubacji przewiduje wsparcie, które pozwala stopniowo rozwijać projekt, upraszczać go i dostosowywać do większej liczby odbiorców.

Teodor Klincewicz zauważył też, że zmieniło się podejście do projektowania innowacji. W starszych edycjach inkubatorów głównym kryterium była przydatność dla grupy docelowej: dzieci, seniorów, osób z niepełnosprawnością.

Okazywało się jednak, że innowacje były super dla odbiorcy, ale wdrożenie ich w praktyce było trudne, bo nauczyciel nie miał czasu, rodzicom brakowało kompetencji, a warunki lokalowe były niewystarczające – tłumaczy.

Dlatego dziś większy nacisk kładzie się na to, by projektować rozwiązania z myślą nie tylko o użytkownikach, ale też o osobach, które je wdrażają, tak aby działały w realnych warunkach.

Spytałam, czy można mówić o zauważalnych preferencjach, jeśli chodzi obszary dofinansowania innowacji społecznych. Teodor wyjaśnił, że są one szeroko zdefiniowane, ustalane na poziomie budżetowania i obowiązują przez kilka lat: obejmują najczęściej m.in. włączenie społeczne, dostępność czy edukację. Jednakże widać pewne wyraźne trendy: seniorzy pozostają w centrum zainteresowania, a rosnącą rolę odgrywa zdrowie psychiczne.

W najbliższym czasie wiele innowacji będzie też dotyczyć odporności społecznej i przygotowania na kryzysy — mówi Klincewicz. – To obszar, w którym istnieje zarówno duża potrzeba społeczna, jak i polityczna wola inwestowania.

Na koniec rozmowy pytam, co najczęściej blokuje innowatorów i proces inkubacji. Teodor Klincewicz podkreśla, że bariery bywają różne — od kosztów, przez dostęp do zasobów, po realne ograniczenia użytkowników. Nie każda innowacja jest droga: niektóre projekty wymagają jedynie przesunięcia budżetu lub przeszkolenia osób, inne mają niski koszt wdrożenia i mogą działać w prostych warunkach.

Często problem nie tkwi w systemie, tylko w tym, że użytkownicy mają swoje życie i ograniczone zasoby. Nauczyciele, którzy mieliby wprowadzać nowe rozwiązania, już mają dużo obowiązków i nie mogą nagle poświęcić weekendu na dodatkowe szkolenie – tłumaczy.

Dlatego przy projektowaniu innowacji kluczowe jest uwzględnienie praktycznych warunków, w jakich działają odbiorcy, planowanie rozwiązań tak, aby były wykonalne w realnym czasie, przy dostępnych kompetencjach i zasobach, a koszty nie stanowiły bariery nie do pokonania.

Myślę, że z moim gościem moglibyśmy jeszcze długo rozmawiać o dobrych przykładach i praktykach innowacji społecznych, ale to zostawiliśmy sobie na inne spotkanie, tym bardziej że istnieją bazy innowacji społecznych, które każdy może sobie przejrzeć sam, do czego zachęcam.

Tak jak zachęcam organizacje, którym doradzam i mentoruję w ramach Gdańskiego Centrum Organizacji Pozarządowych. To świetny sposób na zainspirowanie się i nabranie odwagi do wdrażania pomysłów. Zresztą mało jest takich konsultacji, gdzie nie zahaczamy o kwestie innowacyjności projektu czy działań NGO, obojętnie, czy dopiero powstają, czy już działają i się rozwijają. 

Bo myślenie innowacyjne, by rozwiązać problemy, jest cechą ludzi, którym zależy.  Którzy się nie poddadzą i będą dążyć do uzyskania efektu. Których celem jest zmiana.

  • Redaktorka „Pomostu”

  • Człowiek renesansu i orkiestra: socjolog, europeista, fotograf i niedoszły filozof. Od ponad pięciu lat związany z Fundacją Stocznia, jako redaktor naczelny portalu innowacjespoleczne.pl. Wcześniej blisko kultury – doświadczenie zdobywał przy festiwalach filmowych oraz jako dziennikarz kulturalny. 

  • Redaktorka „Pomostu”

  • Człowiek renesansu i orkiestra: socjolog, europeista, fotograf i niedoszły filozof. Od ponad pięciu lat związany z Fundacją Stocznia, jako redaktor naczelny portalu innowacjespoleczne.pl. Wcześniej blisko kultury – doświadczenie zdobywał przy festiwalach filmowych oraz jako dziennikarz kulturalny. 

Pytanie miesiąca

Czy Twoja organizacja nawiązuje współprace międzynarodowe?