Zrzutka, która (nie) działa. Dlaczego w Polsce tak trudno nam się zrzucać – i co może to zmienić

Wyobraźmy sobie prostą sytuację: fundacja zbiera 100 tys. zł na leczenie kotów. Profil obserwuje 10 tys. osób. Gdyby każda wpłaciła po 10 zł, zbiórka skończyłaby się właściwie od ręki. A jednak zwykle kończy się inaczej: zbiórka ciągnie się tygodniami, „wisi” na 40–60%, a finał zależy od kilku większych wpłat albo od nagłego skoku zasięgów. Matematyka solidarności wygląda na bezlitosną, bo te 10 zł jest w zasięgu wielu. Psychologia działania zbiorowego bywa jednak jeszcze bardziej bezlitosna.

To napięcie – między „to przecież łatwe” a „czemu to nie idzie?” – jest jednym z kluczowych problemów współczesnych zbiórek społecznościowych. I wcale nie musi oznaczać, że „Polacy nie potrafią się dzielić”. Może oznaczać coś trudniejszego: że nasze mechanizmy wspierania się są rozproszone, obciążone nieufnością i źle zaprojektowane. A to znaczy, że da się je poprawić.

Mniej dajemy? Wróciliśmy do „normalności”, ale normalność nie wystarcza

Z najnowszych danych Fundacja CBOS wynika, że w 2025 roku spadł odsetek osób wspierających cele dobroczynne finansowo (z 72% w 2024 do 67% w 2025), spadło też przekazywanie rzeczy (z 57% do 52%) oraz praca/usługi na cele dobroczynne (z 21% do 15%). Wolontariat zmienił się minimalnie (z 10% do 9%). 

Ważna jest interpretacja: wyniki są zbliżone do 2023 roku, a wysokie zaangażowanie w 2024 mogło być „nadzwyczajne”, bo wzmacniały je działania pomocowe (np. związane z kryzysami i zdarzeniami losowymi). 

To prowadzi do niewygodnego wniosku: nawet jeśli „większość” Polaków deklaruje, że coś komuś dała, to poziom zaangażowania bywa za niski, by zbiórki zamykały się szybko i przewidywalnie. Jednorazowa dobroczynność „w ciągu roku” to nie to samo, co regularny odruch mikropomocy, uruchamiany wtedy, kiedy akurat trzeba domknąć 100 tysięcy.

Problem zbiórek nie zaczyna się w portfelu. Zaczyna się w tłumie

Zbiórka społecznościowa to klasyczny problem działania zbiorowego: korzyść jest wspólna (uratowane życie/zdrowie), a koszt jednostkowy mały (5–10 zł). W teorii idealny układ. W praktyce wchodzi efekt „ktoś inny da”.

Im większa grupa świadków potrzeby, tym łatwiej o rozproszenie odpowiedzialności. W dużej społeczności każdy ma komfort myśli: „ja nie muszę, bo na pewno inni już wpłacili”. Paradoksalnie więc 10 tysięcy obserwujących może zmniejszać presję działania w porównaniu do małej grupy, w której widać, kto już „dorzucił”, a kto jeszcze nie.

Do tego dochodzi druga warstwa: algorytmy i uwaga. 10 tysięcy obserwujących nie znaczy 10 tysięcy osób, które zobaczyły apel. Część nie zobaczy wcale, część zobaczy późno, część zobaczy w biegu (bez czasu na przelew), część kliknie „udostępnij” zamiast wpłacić, bo to szybsze i mniej obciążające psychicznie.

A potem zostaje zrzutka w stanie zawieszenia – i rośnie trzecia warstwa problemu: zmęczenie. Dziś proszą wszyscy: ludzie, zwierzęta, miejsca, inicjatywy, koszty leczenia, kryzysy. Długotrwałe wystawienie na cierpienie i apelowanie o pomoc wytwarza mechanizmy obronne: scrollowanie, dystans, cynizm.

„Nie ufam” – czyli zaufanie jako infrastruktura dobroczynności

Wspieranie zbiórek nie jest tylko aktem empatii. Jest też aktem zaufania: do organizatora, do platformy, do sensu działania, do tego, że pieniądze nie „przeciekną”.

W Polsce to ma szczególne znaczenie, bo dominuje ostrożność w relacjach społecznych. W badaniu CBOS z 2024 roku tylko ok. 24% badanych zgadza się ze stwierdzeniem, że „większości ludzi można ufać”, a 73% wskazuje, że w kontaktach z innymi trzeba być bardzo ostrożnym. 

To twarde tło kulturowe: zbiórka jest jak most. Jeśli społeczeństwo ma niski poziom zaufania uogólnionego, most trzeba budować grubszy: z lepszą transparentnością, jasnym rozliczeniem, wiarygodnymi pośrednikami, powtarzalnymi standardami.

Dlaczego fundacje rzadko wpłacają „na siebie nawzajem”?

Ta obserwacja o fundacjach wydaje się szczególnie trafna, bo dotyka nie tylko jednostek, ale całego sektora. Organizacje często tłumaczą brak wsparcia dla innych brakiem środków – i bywa, że to prawda. Ale równie często działa logika rywalizacji o uwagę i granty: „mamy swoje cele, swoje KPI, swoich darczyńców”. W sektorze, który jest niedofinansowany i stale rozliczany, altruizm wobec „konkurencji” staje się ryzykiem.

A jednak właśnie tu jest jedna z największych dźwigni zmiany: gdyby organizacje wprowadziły normę symbolicznego, regularnego wspierania innych (choćby 1–5 zł miesięcznie, albo mikrogranty rotacyjne), budowałyby kapitał zaufania całego sektora. Ludzie patrzą: „skoro oni sobie ufają, to ja też mogę”.

Co trzeba zmienić, żeby mikrodonacje stały się odruchem?

Poniżej zestaw zmian, które nie wymagają „lepszych ludzi”, tylko lepszych reguł gry.

1. Zmienić narrację: mniej „heroizmu”, więcej „abonamentu solidarności”

Zbiórki często opowiadają historię w trybie alarmowym: dramat, czas, groźba, licznik. To działa, ale krótkoterminowo i męcząco. Potrzebujemy drugiego języka: normalizacji mikropomocy.

  • „5 zł to standard, nie gest.”
  • „Raz ty, raz ja.”
  • „Nie musisz ratować świata – wystarczy, że domkniesz brakujące 0,01%.”

To jest przejście od moralnego ciężaru do społecznego rytuału.

2. Zaprojektować wpłatę tak, by była prostsza niż „zrobienie nic”

Największym wrogiem zbiórek jest tarcie: konieczność decyzji, wyboru kwoty, wpisania danych, przełączania aplikacji.

Co działa w praktyce:

  • domyślne mikrokwaoty (5/10/20 zł) zamiast pustego okienka,
  • płatność jednym kliknięciem (BLIK/Apple Pay/Google Pay),
  • opcja „dorzucam 5 zł co miesiąc aż do odwołania” (z prostą rezygnacją),
  • przypomnienie po 24–48h, jeśli ktoś kliknął, ale nie wpłacił.

To nie jest manipulacja. To architektura ułatwień – dokładnie taka, jaką stosują sklepy internetowe, tylko w dobrym celu.

3. Wzmocnić sygnały wiarygodności: standardy transparentności

Jeśli zaufanie jest niskie, zbiórka musi mieć „dowody zamiast zapewnień”.

Minimum, które powinno stać się normą:

  • jasny budżet (na co dokładnie idą środki),
  • aktualizacje postępu (nie tylko licznik, ale co już zrobiono),
  • rozliczenie po zakończeniu (faktury/raport w prostej formie),
  • informacja o tym, kto odpowiada (imię, rola, kontakt).

Dla sektora: wspólny „kodeks zbiórek” i znak jakości, który jest realnie egzekwowany (a nie tylko ładną naklejką).

4. Zrobić z wpłat coś społecznie widocznego (bez zawstydzania)

Ludzie wpłacają chętniej, gdy widzą normę społeczną: „inni już to robią”. Ale komunikat musi być dobrze ustawiony.

Lepsze niż „brakuje 60%” jest:

  • „Dołączyło już 812 osób, średnio po 17 zł”
  • „Domykamy brakujące 8 000 zł: szukamy 800 osób po 10 zł”
  • „Dziś cel: 200 osób po piątce – kto domyka z nami?”

To przekierowuje uwagę z ogromu potrzeby na mały, wykonalny krok.

5. Koalicje „fundacja dla fundacji” – symboliczne, ale regularne

To propozycja strukturalna: stworzyć sieć, w której organizacje:

  • raz w miesiącu przekazują mikrodonację innej organizacji,
  • publicznie raportują udział (bez chwalenia się kwotą),
  • uruchamiają mechanizm „matching” (np. „ile wpłaci społeczność, tyle dokładamy do 1000 zł”).

Efekt uboczny jest kluczowy: rośnie zaufanie do sektora jako całości.

6. Ulgi, dopasowania, „monetyzacja reszty”

Tam, gdzie państwo i instytucje publiczne chcą wzmacniać aktywność obywatelską, najskuteczniejsze bywają mechanizmy współfinansowania: dopłaty do mikrodonacji, zachęty podatkowe, programy „zaokrąglij rachunek” w usługach, łatwiejsze cykliczne odpisy itp. W wielu krajach to właśnie drobne, systemowe zachęty budują masowość dawania.

Czy to mentalność? Trochę tak – ale mentalność zmienia się przez praktykę

Najłatwiej powiedzieć: „Polacy nie potrafią się dzielić”. Trudniej zauważyć, że dzielenie się jest efektem infrastruktury społecznej: zaufania, norm, wygody, powtarzalności. Dane CBOS sugerują spadek form dobroczynności najbardziej „kosztownych” czasowo (praca/usługi), a mniejsze zmiany w wolontariacie – to może wskazywać na powrót do bardziej ostrożnych, mniej angażujących form działania. 

A zaufanie – zwłaszcza uogólnione – nie rośnie od apeli. Rośnie od doświadczeń, że współpraca się opłaca i jest bezpieczna. 

Jak nakłonić ludzi do „tej piątki”, nie moralizując?

Trzy komunikaty, które często działają lepiej niż presja i poczucie winy:

  1. „To jest zbiórka na domknięcie.”
    Nie „ratujemy wszystko”, tylko „każdy robi mały krok, by zamknąć temat”.
  2. „Piątka jest równie potrzebna jak stówka.”
    Normalizacja mikropomocy – bez hierarchii darczyńców.
  3. „Dziś ty, jutro ktoś dla ciebie.”
    Odwołanie do wzajemności: nie moralnej, tylko społecznej.

Pointa: zrzutka to test wspólnoty – ale też test projektu

Jeśli chcemy, by zbiórki były skuteczniejsze, nie wystarczy apelować o „większe serca”. Trzeba:

  • obniżać próg wejścia (mikrodonacje jako norma),
  • wzmacniać zaufanie (transparentność jako standard),
  • budować wzajemność także w sektorze (fundacje wspierające fundacje),
  • przestawić narrację z heroizmu na nawyk.

Wtedy 100 tysięcy przestaje być abstrakcją. Staje się sumą małych, łatwych decyzji – i dowodem, że wspólnota to nie hasło, tylko codzienna technologia życia społecznego.

  • Rzecznik Pomorskich NGO. Socjolożka. Ewaluatorka działań społecznych. Trenerka fundraisingu. Badaczka Pomorskiej Pracowni Badań Obywatelskich.

Pytanie miesiąca

Czy Twoja organizacja podąża za trendami?