Samodzielność nie musi być samotnością

Piecza zastępcza często mylona jest z adopcją. Powinna być tymczasowa, jednak najczęściej trwa do 25 roku życia. Młodzież pozostawiona sama sobie, musi wcześnie nauczyć się “dorosłych” rzeczy, a nie uczy się najważniejszego. O tym, jak temu zapobiega Stowarzyszenie Samodzielność Razem, rozmawiamy z jego Prezeską Magdaleną Ilską.

Klara Mirecka: Czym jest dla Ciebie samodzielność? W kontekście nazwy stowarzyszenia i tego, co robicie?

Magdalena Ilska: Mieliśmy duży problem z nazwą stowarzyszenia. Zastanawiałyśmy się, jak ma brzmieć, żeby naprawdę mówiła o samodzielności. Bo dla mnie to słowo ma zupełnie inne znaczenie niż to, które zwykle przychodzi do głowy.

Na początku miałyśmy rozdzielone te słowa — „sami” i „dzielni”. Ale chciałam dodać do tego „razem”, żeby wybrzmiało, że samodzielność nie musi oznaczać samotności. Dla mnie w tym procesie usamodzielniania młodzieży najważniejsze jest właśnie to „razem”. Młodzi ludzie potrzebują wielu osób wokół siebie, żeby ta samodzielność była prawdziwa, a nie tylko pozorna i bolesna.

Widzę to też przez pryzmat własnych doświadczeń. Sama przechodziłam proces usamodzielnienia i wiem, że w tej drodze łatwo zapomina się o czymś bardzo ważnym — o nauce proszenia o pomoc. To właśnie był główny powód, dla którego powstało nasze stowarzyszenie.

Czyli chodzi o inne spojrzenie na samodzielność niż to, które proponuje system?

Kiedy patrzę na programy usamodzielnienia, tam ciągle przewijają się te same założenia: że trzeba nauczyć się zarabiać, gospodarować pieniędzmi, zadbać o mieszkanie. A przecież większość młodych z pieczy to potrafi, często lepiej niż ich rówieśnicy. Problem polega na tym, że potrafią to w niewłaściwy sposób — tak, jakby samodzielność polegała na tym, żeby wszystko zrobić samemu, bez prawa do błędu.

Dla mnie samodzielność to coś zupełnie innego: to umiejętność spokojnego myślenia, działania bez presji, pozwolenie sobie na popełnianie błędów i ocenianie siebie z empatią. To nauka rzeczy, o których większość ludzi nawet się nie zastanawia, bo wydają się oczywiste.

Czy Ty sama dostałaś taki zasób, będąc w pieczy zastępczej? Czy właśnie stąd wzięła się potrzeba stworzenia stowarzyszenia?

Długo się nad tym zastanawiałam. Nawet moi znajomi mówili, że nie ma sensu o tym tak rozmyślać. Ale mnie to nie dawało spokoju. Pisałam nawet o tym pracę magisterską — o procesie usamodzielnienia — i wtedy zaczęłam analizować, dlaczego mój proces wyglądał inaczej niż u większości.

Często słyszałam: „Po Tobie nie widać, że jesteś z pieczy”. I niby miało to być komplementem, ale mnie to zastanawiało. Co to znaczy „nie widać”? Jak wygląda osoba z pieczy? W społecznym obrazie to często ktoś „patologiczny”, uzależniony, zagubiony. A przecież wiele z nas kończy studia, pracuje, radzi sobie w życiu.

Mój proces był prawidłowy, ale całkowicie przypadkowy. Gdyby nie ci ludzie, których spotkałam — wychowawczyni, nauczyciele, przyjaciele — mogłoby być zupełnie inaczej.

Jak wyglądał dom dziecka, w którym dorastałaś?

Kiedy ja byłam w pieczy, funkcjonował jeszcze stary system — w jednym miejscu było nawet osiemdziesięcioro dzieci. To był duży dom dziecka, w Gdańsku, taki typowy dla czasów wciąż powojennych. Wtedy nie mówiło się jeszcze o małych domkach czy o tym, żeby rodzeństwa były razem. My mieliśmy podział na grupy — młodsze i starsze dziewczynki, osobno chłopcy — i często rodzeństwa trafiały do różnych grup. Dziś to brzmi absurdalnie, ale wtedy to było po prostu „normalne”.

Dopiero później zaczęto dostrzegać, że lepiej, jeśli dzieci mieszkają w mniejszych grupach i razem z rodzeństwem. Teraz w Gdańsku działa pięć takich domów, po czternaścioro dzieci w każdym. Więc system się zmienił — ale tylko częściowo.

Wiele osób myli pieczę zastępczą z adopcją. Jak wytłumaczyłabyś różnicę?

Piecza zastępcza to każde miejsce opieki nad dzieckiem poza rodziną biologiczną — czyli zarówno dom dziecka, jak i rodzina zastępcza. To ma być rozwiązanie tymczasowe, do momentu, aż rodzice odzyskają prawa do opieki nad dzieckiem. Ale w praktyce ta tymczasowość bardzo się rozciąga — często aż do momentu usamodzielnienia. Dzieci bardzo rzadko wracają do rodzin biologicznych, a jeśli już wracają, to często ponownie trafiają do pieczy. I to jest dla mnie dramatyczne. System, dając rodzicom kolejne szanse, czasami po prostu powtarza traumę dziecka.

Czy rodziny zastępcze są do takiej roli przygotowywane?

Tak, przechodzą szkolenia. Ich zadaniem nie jest tylko opieka nad dzieckiem, ale też praca z jego rodziną biologiczną. I to jest bardzo trudne — bo ta praca toczy się na wielu poziomach. Dużo zależy od tego, jak rodzina biologiczna funkcjonuje i czy jest gotowa na zmianę. Bo od początku, kiedy dziecko trafia do pieczy, wciąż wisi nad nim ta nadzieja, że może wrócić do rodziców.

To trudne — żyć w zawieszeniu i niewiedzą, co będzie dalej.

Tak, bardzo trudne. A jeszcze trudniejsze jest to, że wielu młodych ludzi, którzy usamodzielniają się po pieczy, wraca później do rodzin biologicznych. Mimo że często są już w zupełnie innym miejscu — skończyli szkoły, mają pracę, są bardziej poukładani niż ich rodzice. A jednak czują ogromną odpowiedzialność za tych rodziców, chcą im pomóc, wspierać ich, nawet kosztem własnego życia. I wtedy często wpadają w toksyczne relacje, w uzależnienia, w takie błędne koło emocjonalne.

Powiedziałaś, że Twój proces usamodzielnienia był prawidłowy, ale przypadkowy. Kim byli ci ludzie, którzy się pojawiali na Twojej drodze?

To były różne osoby, na różnych etapach życia. Najpierw wychowawczyni w domu dziecka — to ona wymyśliła, że pójdę do prywatnego liceum. Bardzo się buntowałam, nie chciałam tam iść, ale ona znalazła sposób, żeby mnie do tego przekonać. I to był pierwszy moment, kiedy poczułam, że się wstydzę tego, że jestem z placówki.

Bałam się, że nie pasuję, że odstaję, że dziewczyny z tej szkoły są „lepsze”. A potem okazało się, że one mają dokładnie takie same problemy jak ja — tylko może więcej pieniędzy na buty. To mi otworzyło oczy. Zobaczyłam, że nie ma powodu, żeby się wstydzić, i że nie ma w tym żadnej różnicy.

W tej szkole spotkałam też nauczycieli, którzy byli bardzo uważni, wspierający, ale nie w taki „litościwy” sposób. Po prostu patrzyli na mnie mądrze, z troską. Dzięki temu czułam się tam dobrze. I tak było później — w pracy, na studiach, w różnych miejscach pojawiali się ludzie, którzy we właściwym momencie wyciągali do mnie rękę.

Z czasem zrozumiałam, że to właśnie od ludzi zależy, jak wygląda proces usamodzielnienia. I że nie może on być kwestią szczęścia — że ktoś akurat spotkał na swojej drodze właściwą osobę.

Mówisz o ludziach, którzy Cię dostrzegli. Ale to też wymagało Twojej gotowości. Przecież trzeba chcieć przyjąć pomoc.

Nie, właśnie nie! (śmiech) To oni widzieli, że ja nie chcę. Byłam dzieckiem na „nie” — na złość wszystkim. Na studia też poszłam nie takie, jak mi doradzano. Ale miałam szczęście, że dorośli wokół mnie pozwalali mi popełniać błędy. I to jest dla mnie kwintesencja procesu usamodzielnienia — pozwalanie na błędy.

Systemowy proces tego nie zakłada. Jeśli wychowanek zrobi coś źle, często po prostu zostaje skreślony. Kiedyś kończyło się 18 lat, zdawało maturę i trzeba było się usamodzielnić. To znaczyło: znaleźć mieszkanie, pieniądze, poradzić sobie samemu. Dziś można zostać w systemie do 25. roku życia, jeśli się uczy, ale to wciąż trudny moment. Bo osiemnastolatek chce być niezależny, a system nie daje mu drugiej szansy, jeśli powinie mu się noga.

Dlatego ten proces powinien być bardziej elastyczny. Pozwalać na błędy, na zawracanie, na powrót do nauki czy terapii. Wtedy to usamodzielnianie miałoby sens.

Z tego, co mówisz, wynika, że Stowarzyszenie Samodzielność Razem powstało trochę z buntu wobec tego, jak działa system.

To był bunt i niezgoda na przypadkowość. W pracy zawodowej widziałam mnóstwo nastolatków, którzy nie byli w pieczy zastępczej, ale powinni w niej być. System jest przeładowany. Dzieci dorastają w środowiskach, gdzie pracują kuratorzy, asystenci rodzin, ale brakuje realnego wsparcia dla nich samych. Wszystko skupia się na naprawianiu rodziców.

Dlatego pomyślałam, że musi istnieć miejsce dostępne dla wszystkich młodych ludzi, którzy chcą ułożyć plan na swoje życie. Takie, gdzie ktoś pomoże im ten plan stworzyć, ale też pozwoli wrócić, jeśli się wycofają. Bo czasem potrzeba czasu, żeby dojść do gotowości. I tak właśnie zrodziła się Samodzielność Razem — z niezgody, ale i z nadziei.

Jakie jeszcze luki dostrzegasz w systemie usamodzielniania?

System zakłada, że każdy wychowanek ma opiekuna usamodzielnienia — osobę, która pomaga mu przejść ten proces. To może być psycholog, wychowawca, a nawet ktoś spoza instytucji. Tyle że przepisy nie precyzują niczego więcej. W efekcie bywa, że pierwszym opiekunem usamodzielnienia zostaje… rodzic biologiczny, od którego dziecko zostało wcześniej odebrane.

Opiekunowie nie dostają żadnego wynagrodzenia, nie mają narzędzi, nie przechodzą spójnych szkoleń. Trudno więc oczekiwać, że to zadziała. W teorii mają razem z wychowankiem tworzyć tzw. IPU — Indywidualny Program Usamodzielnienia — plan na życie do 25. roku życia. Ale często to fikcja: plan jest zbyt ogólny, nie ma ewaluacji, nie ma aktualizacji. A przecież w wieku 17 lat nie da się przewidzieć wszystkiego.

Dlatego my w stowarzyszeniu próbujemy ten proces pokazać inaczej — bardziej po ludzku, w krótszych etapach, z realnym wsparciem.

Czym są realizowane przez Was „Rozmowy o przyszłości”?

To tygodniowe warsztaty dla młodzieży, które odbywają się w ferie lub wakacje. Przez ten tydzień rozmawiamy o wszystkim, co jest ważne w procesie usamodzielniania — o emocjach, relacjach, planach, pieniądzach, bezpieczeństwie. To taki proces usamodzielnienia w pigułce.

Podczas ostatniej edycji uczestnicy mieli stworzyć własny wykres drogi do samodzielności — od 14. do 25. roku życia. Okazało się, że większość z nich przeszła tę drogę… całkiem sama. Nie wpisali tam żadnej osoby, która miałaby im towarzyszyć. To było dla mnie poruszające i smutne. Pokazało, że młodzi ludzie nie widzą wokół siebie dorosłych, na których mogliby się oprzeć.

Czy młodzież chętnie przychodzi?

Na początku nie. (śmiech) Bo przecież tydzień ferii to czas wolny, więc trudno ich przekonać, że warto spędzić go na warsztatach. Ale kiedy już przyjdą – zostają. Wracają. Mówią, że było im dobrze. To dla mnie najpiękniejsze — widzieć, jak ktoś, kto na początku siedział z boku i milczał, po kilku dniach zaczyna mówić, żartować, otwierać się.

To, że mogą nas poznać nie jako „panie z instytucji”, tylko jako Magdę, Olę, Jolę – zwykłych ludzi – sprawia, że buduje się zaufanie. Bo dla nich system to coś, co zabrało im dom, rodzinę, bezpieczeństwo. My próbujemy to odczarować, pokazać, że są też inni dorośli, którym można zaufać.

Dzięki temu, że jesteśmy różnorodnym zespołem — psycholożki, pedagożki, nauczycielki — możemy pracować z młodzieżą z różnych perspektyw. Każda z nas trafia do kogoś innego. Jedni potrzebują rozmowy, inni działania. Dlatego często sięgamy po metody teatralne. Uważam, że teatr to bezpieczne miejsce, w którym można odkrywać siebie. Sama wiele się nauczyłam w młodzieżowym kółku teatralnym — tam nauczyłam się współpracy, zaufania, otwartości. To właśnie te doświadczenia chciałam przenieść do pracy ze stowarzyszeniem.

Czy masz jakąś historię uczestnika, która szczególnie Ci zapadła w pamięć?

Tak. Ale to jest smutna historia. Podczas pierwszej edycji był z nami chłopak — bardzo pomocny, mądry, z naturalnym przywództwem. Widać było, że ma ogromny potencjał, że poradzi sobie w życiu. Niestety po warsztatach, kiedy już wrócił do domu dziecka, zaczął się odsuwać, pogubił się. Dziś walczy z uzależnieniem. Mimo wszystko jesteśmy w kontakcie. Piszę do niego, staram się dawać znać, że ktoś na niego czeka, że wciąż może wrócić. Mam nadzieję, że przyjdzie taki moment, kiedy będzie gotowy powiedzieć: „Chcę spróbować jeszcze raz”.

To jest właśnie sens naszej pracy — żeby ktoś wiedział, że nawet jeśli popełnił błędy, ma do kogo wrócić.

Wspominałaś, że sama przeszłaś terapię. Czy uważasz, że to ważny element usamodzielnienia?

Bardzo. Dla mnie terapia była kluczowa. Sama jestem po długim procesie terapeutycznym i uważam, że bez tego trudno byłoby mi zrozumieć siebie. Dlatego w ramach „Rozmów o przyszłości” zawsze poświęcamy osobny panel terapii — tłumaczymy młodym, czym ona naprawdę jest.

Wielu z nich myśli, że do terapeuty idzie się dopiero wtedy, gdy „jest się alkoholikiem” albo „coś się zepsuło”. A terapia to po prostu rozmowa o tym, jak lepiej sobie radzić z życiem. Mówimy o tym wprost, bez tabu. Pokazujemy, że warto pomyśleć o terapii już teraz — zanim problemy urosną.

Dla wielu z nich szczególnie ważna jest terapia DDA, czyli dla dorosłych dzieci alkoholików. Ale większość nawet nie wie, co to znaczy. A przecież ogrom tej młodzieży wychowuje się w takich domach. W Polsce na terapię DDA na NFZ czeka się nawet trzy lata. Więc tłumaczymy, że można się zapisać wcześniej — nawet jeśli to oznacza czekanie — i że warto. Bo to inwestycja w siebie.

Jak wygląda Wasza współpraca z instytucjami? Czy współdziałacie z MOPR-em, szkołami, organizacjami?

Mamy kontakt z placówkami opiekuńczo-wychowawczymi, rodzinami zastępczymi, pedagogami szkolnymi. Często to oni kierują do nas młodzież. Teraz, kiedy działamy już jako formalne stowarzyszenie, chcemy jeszcze bardziej współpracować z innymi organizacjami w Gdańsku.
W mieście dzieje się naprawdę dużo i wierzę, że jeśli zaczniemy łączyć te działania, to będą bardziej skuteczne. Naszym celem jest, żeby młodzi wiedzieli, że jesteśmy. Żeby nie musieli nas szukać – tylko wiedzieli, że mogą przyjść, porozmawiać, dostać wsparcie.

Co jest dla Ciebie najtrudniejsze w prowadzeniu stowarzyszenia?

Zarządzanie. (śmiech)
To zupełnie inna praca niż ta z młodzieżą. Musiałam nauczyć się rzeczy, których wcześniej nie znałam – dokumentacji, księgowości, prawa. Myślałam, że będzie łatwiej, bo przecież „to tylko formalności”, ale to ogrom obowiązków.
Z drugiej strony nie chciałam, żeby stowarzyszenie prowadziła osoba, która zna się wyłącznie na zarządzaniu, a nie rozumie, czym jest proces usamodzielnienia. Wolę się tego nauczyć, niż oddać tę część komuś z zewnątrz.

Największym wyzwaniem jest też łączenie pasji z odpowiedzialnością. Kiedy coś robisz z serca, trudno potem narzucać ludziom terminy, obowiązki, rozliczenia. A przecież organizacja musi działać konkretnie. Ciągle się tego uczę.

Na koniec chciałabym zapytać o coś osobistego. Powiedziałaś, że długo wstydziłaś się mówić o tym, że byłaś w pieczy. Dziś mówisz o tym otwarcie. Co się zmieniło?

Myślę, że zrozumiałam, że to część mojej historii, której nie muszę się wstydzić.
Kiedy zaczęłam mówić o tym głośno, zauważyłam, że inni też zaczynają. Dostałam wiadomości od kobiet, które pracują dziś w dużych firmach, mają rodziny, ale same były w rodzinach zastępczych i nigdy o tym nie mówiły. Pisały, że to temat „niedokończony”, że wstyd, że milczenie. A przecież to nas kształtuje.

Myślę, że jak zaczynamy mówić o trudnych rzeczach – o pieczy, o porodzie, o terapii – to nagle otwierają się drzwi, za którymi jest ulga. Bo milczenie jest dużo cięższe niż mówienie.

Nie da się zamknąć drzwi do przeszłości, bo to historia naszego życia. Można ją oswoić. I myślę, że właśnie o to chodzi – żeby o pieczy mówić naturalnie, bez etykiet, bez tabu. Bo to nie jest powód do wstydu. To doświadczenie, z którego można wziąć siłę.

Magdalena Ilska – Prezeska Stowarzyszenia Samodzielność Razem

Pytanie miesiąca

Czy rozumiesz pojęcie odporność społeczna?