W lipcu światowym środowiskiem NGO wstrząsnęła wiadomość o tym, że włoski urząd antymonopolowy nałożył na firmę Armani karę w wysokości 3,5 miliona euro za wprowadzanie w błąd w kwestii etyki i społecznej odpowiedzialności. Marka, która chętnie i przy dużym nakładzie środków, promowała swoje środowiskowe i pracownicze zaangażowanie, okazała się być nietransparentna. Urząd wykazał, że pod przykrywką komunikacji społecznego zaangażowania, Armani zlecał część produkcji kontrahentom zewnętrznym, którzy w łańcuchu dostaw pozyskiwali towar produkowany nieetycznie – w warunkach szkodliwych dla zdrowia i bezpieczeństwa pracowników, bez umów o pracę, co stoi w sprzeczności z oficjalnym wizerunkiem marki.
Ten precedens nie był tylko ciosem w wizerunek luksusowej marki — był ważnym sygnałem dla całego sektora społecznego: że piękne słowa nie zastąpią realnego działania i że socialwashing nie jest zjawiskiem zarezerwowanym wyłącznie dla świata biznesu.
Podobne mechanizmy, choć często mniej spektakularne, widzimy też czasem w relacjach między organizacjami społecznymi a instytucjami publicznymi. Współpraca, która na papierze wygląda na partnerską, w praktyce potrafi zamienić się w jednostronny spektakl. NGO zaprasza się, bo dobrze prezentują się w relacji na mediach społecznościowych urzędu, bo podbijają wiarygodność inicjatyw, które mają pokazać, że instytucje są blisko ludzi. Ale kiedy przychodzi czas na realny wpływ, decyzje są już podjęte, a nasze [NGO-sów, przyp red.] miejsce bywa przypisane z góry: dekoracyjne, drugoplanowe.
Socialwashing to zjawisko, które trudno uchwycić od razu, bo często przychodzi w ładnym opakowaniu. Podniesiony tonem kampanii, z hasłami o wartościach, z konferencjami o „zmianie społecznej” i zaproszeniem na scenę, które z pozoru ma znaczyć: „jesteście potrzebni”.
NGO zaprasza się, bo dobrze wyglądają w sprawozdaniu, bo sygnalizują „otwartość”, bo nadają głębię. Tyko potem nikt nie słucha, co mają do powiedzenia. W konsekwencji działania, które miały być wspólne, są tylko jednostronną opowieścią o wspieraniu organizacji działających społecznie, o propagowaniu ich misji, ale bez zadania sobie pytania, czy te organizacje właśnie tego potrzebują. Nie z intencją wprowadzania w błąd, ale przez pośpiech, czasem też brak realnej gotowości na współdziałanie, a przede wszystkim z braku zrozumienia wzajemnych potrzeb i oczekiwań.
I tak powstają konferencje, na które jesteśmy zapraszani nie po to, żeby coś realnie współtworzyć, tylko żeby być, panele dyskusyjne, z których nic nie wynika, maile z urzędów pełne entuzjastycznych deklaracji o współpracy. Instytucje chętnie przywdziewają maski społecznego zaangażowania: lubią mówić o innowacji, partnerstwie i zrównoważonym rozwoju, o promowaniu działalności podmiotów społecznych.
Wiem, że nie jesteśmy bez winy. Czasem zgadzamy się na te układy, bo nie mamy wyboru: bo grant trzeba rozliczyć, bo partnerstwo wygląda dobrze w sprawozdaniu, bo zależy nam na obecności w debacie publicznej. Jednak jeśli chcemy wyjść z tej gry, musimy najpierw nazwać, że ona istnieje.
Wiemy też, że nie każdy urząd działa według tego scenariusza. Spotykam ludzi, którzy chcą z nami budować coś sensownego, którzy nie chowają się za planszą „nie da się”, tylko szukają przestrzeni, w której można się spotkać mimo ograniczeń. To oni pozwalają nam wierzyć, że instytucje to nie tylko mechanizmy, ale też konkretni ludzie z wartościami, chęcią zmiany poziomu rozmowy.
Niezależnie od tego, po której stronie relacji jesteśmy, warto zadać sobie pytanie: jak nie dać się wciągnąć w coś, co tylko wygląda jak współpraca? Jak my, jako organizacje społeczne, możemy chronić sens własnego działania i sprawczość, na którą pracowaliśmy latami?
Czas sobie dobitnie uświadomić i zacząć głośno mówić, że organizacje pozarządowe nie są w tym układzie petentami w urzędzie. Nasze działania łatają luki w systemie, w który zainwestowaliśmy nie tylko czas i energię, ale często też własne pieniądze, zdrowie i wiarę w sens. Do instytucji państwowych nie przychodzimy po prośbie, ale przynosimy swoje doświadczenie i gotowość do współpracy, która przyniesie realną zmianę.
Praca z NGO to trudna droga, bo nie ma do niej jednej mapy. Organizacje się różnią, różnie działają i cele mają odmienne. Zwracając się do instytucji, mamy różne oczekiwania co do formy współpracy, jej celowości i tego, jakie konsekwencje z takiej kooperacji będą wynikać.
Nie chodzi o to, by odmawiać udziału w projektach, które nas nie przekonują, nie o to, żeby odwracać się od instytucji. Chodzi o to, żeby rozmawiać z nimi z miejsca, które zna swoją wartość. Nie jako petent, nie jako „dodatek do projektu”, ale jako partner.
Warto zacząć od zadawania pytań. Zanim wejdziemy w projekt, definiujmy co dokładnie mamy w nim do powiedzenia, w którym momencie możemy podzielić się naszym doświadczeniem, czy wpływamy na cele i treść, czy jedynie je potwierdzamy. Samo to, że pytamy, często wystarczy, by uwrażliwić drugą stronę na sens naszej obecności, uświadomić nasze potrzeby i wnoszone wartości. Nie musimy przychodzić „po coś”- możemy przyjść „z czymś”. I to zmienia ton rozmowy i perspektywę postrzegania nas we współpracy jako pełnowartościowego partnera, a nie petenta z wyciągnięta ręką.
Gdy angażujemy się w działania instytucji, które chcą mówić o społecznym zaangażowaniu, dopilnujmy, żeby nie opierały się tylko na jednorazowych gestach. Prośmy o kontynuację, o informację zwrotną, o spotkanie po zakończeniu wydarzenia. Traktujmy każde wspólne działanie jako proces, nie jako występ. Podchodźmy do projektów jak współautorzy, wyrażajmy swoją chęć zaangażowania w kształt realizowanego projektu. Pytania: “Po co? Dla kogo? Komu to potrzebne?” powinny pojawiać się na każdym etapie dialogu o współpracy.
Bądźmy gotowi mówić też o ograniczeniach. Współpraca z administracją nie musi być idealna. Czasem warto nazwać, że coś nie działa, że komunikacja szwankuje, że czujemy się niewysłuchani. Robienie tego z szacunkiem, ale i stanowczością, pomaga budować relacje bardziej szczere i w dłuższej perspektywie owocniejsze.
Zmiany nie dzieją się przy okazji. Nie są efektem działań „przy okazji wyborów”, ani dodatkiem do raportu. Dzieją się w codziennym wysiłku, w rozmowie, w błędach i w próbach ich naprawienia. Dobrze zaprojektowana współpraca z instytucją publiczną może być przestrzenią realnej zmiany. Może też, jeśli zabraknie uważności i chęci usłyszenia drugiej strony, przerodzić się w coś, co tylko przypomina zaangażowanie.
Nie zawsze możemy zrezygnować z udziału w działaniach, które są fasadowe. Czasem grant trzeba rozliczyć. Czasem obecność daje nam potrzebną widoczność, ale jeśli już w tym uczestniczymy, nie zgadzajmy się na milczenie. Starajmy się wprowadzać język, który mówi o potrzebach, wartościach, o sensie. O celu, który nie kończy się na wydarzeniu, ale zaczyna tam, gdzie zaczyna się zmiana.
Bo NGO to nie tło, nie dekoracja, nie kolorowy dodatek do gotowego planu. To doświadczenie, codzienna praca, wysiłek — często w miejscach, których nikt nie chce widzieć. To ludzie, którzy nie przyszli z prośbą, ale z propozycją.
Socialwashing będzie istniał, dopóki nie nauczymy się nazywać go po imieniu, ale równie długo będzie trwał, jeśli nie nauczymy się proponować czegoś więcej. Nie odpowiedzi, ale pytań. Nie sprzeciwu, ale innej logiki działania, przestawienia akcentów w dyskusji.





