Dom nosimy w sercu. O dzieciach, książkach i nadziei w Gdańsku

Kiedy przyjeżdżasz do nowego miasta nie z własnej woli, ale uciekając przed wojną, świat wokół wydaje się początkowo obcy, chłodny i zbyt głośny. Gdańsk powitał nas szumem Morza Bałtyckiego, słonym wiatrem i niepewnością. W pierwszych miesiącach głównym zadaniem było po prostu przetrwać: znaleźć dach nad głową, załatwić formalności, zapisać dzieci do szkoły i nauczyć się codzienności w nowym miejscu.

Ale kiedy pierwsza fala stresu opada, przychodzi inny, głęboki niepokój – o to, czym napełnia się wewnętrzny świat naszych dzieci.

Obserwowałam, jak błyskawicznie łapią język polski. Bawią się na placach zabaw, oglądają bajki, przejmują akcent rówieśników i już po kilku miesiącach szukają zapomnianych ukraińskich słów, gdy opowiadają babci przez telefon, jak minął im dzień. Wtedy w sercu matki na uchodźstwie rodzi się strach: „A co, jeśli zapomną, kim są? Co, jeśli utrata domu stanie się dla nich utratą korzeni?”.

To właśnie wtedy po raz pierwszy usłyszałam od innych matek pytania o ukraińskie książeczki. I dokładnie z tej potrzeby zrodził się pomysł, by stworzyć w Gdańsku ukraińską bibliotekę.

Gdy dziecko otwiera książkę w ojczystym języku setki kilometrów od domu, dzieje się magia. Ileż to razy słyszałam zachwycone głosy: „Patrz, mamo! Taką samą książkę miałem w domu w Ukrainie!” albo „Tę książkę czytała mi babcia!”.

Dziecko słyszy znajomą intonację głosu mamy i przypomina sobie wieczory w przytulnym pokoju w Charkowie, Kijowie, Chersoniu czy Zaporożu. Książka przywraca poczucie bezpieczeństwa. Mówi maluchowi: „Nie zgubiłeś się. Twój dom jest w tobie, a twoja kultura jest zawsze obok”. Słyszałam tak wiele historii od czytelników biblioteki o tym, jak uciekając przed wojną, w jednym plecaku udawało się zmieścić książkę – niczym cenny artefakt, cząstkę utraconego domu czy wręcz amulet chroniący przed całym złem. 

Jednak obserwując dzieci kartkujące strony, coraz częściej łapię się na myślach o przyszłości. Mówi się, że uchodźstwo to stan tymczasowy, ale dzieciństwo nie czeka, aż wojna się skończy. Dzieciństwo dzieje się tu i teraz – na ulicach Gdańska, na brzegu Zatoki, w polskich szkołach. Chłopiec, który przyjechał tu jako ośmiolatek, dziś kończy już ósmą klasę i wybiera się do liceum. Dzieci w pełni oswoiły się z nowym środowiskiem – czują się tu jak u siebie, osiągają sukcesy i stają się aktywnymi mieszkańcami miasta.

I zadałam sobie pytanie: jakimi chciałabym zobaczyć je za pięć, dziesięć czy piętnaście lat?

Istnieje piękna mądrość: najcenniejsze, co możemy dać swoim dzieciom, to korzenie i skrzydła. Korzenie to pamięć o tym, skąd pochodzisz. To język, w którym odczuwasz najsubtelniejsze odcienie emocji. To znajomość historii swojego narodu, jego bajek, jego zwycięstw i jego tragedii. To poczucie dumy z tego, że jesteś Ukraińcem.

Skrzydła to wolność. To zdolność do integracji w nowym świecie, znajomość kilku języków, rozumienie wartości europejskich, brak lęku przed wielkimi wyzwaniami i poczucie bycia u siebie w każdym zakątku globu.

Nie chcę, aby nasze dzieci w Gdańsku rosły z poczuciem traumy czy niższości. Nie chcę, by czuły się „wiecznymi uchodźcami” albo „obcymi”, którym po prostu pozwolono tymczasowo zamieszkać obok.

Marzę o tym, by wyrosły na Ambasadorów. Kiedy sama jestem zmęczona, załamana przez jakąś nieprzyjemną sytuację wracam pamięcią do tego, co postanowiłam sobie kiedyś – to poczucie dumy ze swojego kraju, który walczy z wrogiem, którego się boi cały świat.

Chcę, aby ukraińskie dziecko dorastające w Gdańsku płynnie posługiwało się językiem polskim i angielskim, z łatwością poruszało się w kulturze polskiej i europejskiej i je szanowało, ale z dumą mówiło: „Moje korzenie są w Ukrainie i to jest moja supermoc”. Raz za razem tłumaczę dzieciom, że uważam je za prawdziwych bohaterów – doskonale wiem, jak jest im ciężko, a mimo to świetnie dają sobie radę.

Często obserwuję, jak rodzice na emigracji wpadają w pułapkę skrajności. Jedni próbują całkowicie odizolować dziecko od lokalnego środowiska, wymagając życia wyłącznie w ukraińskim kontekście. Nauka online, brak znajomych – i w efekcie dziecko staje się samotne. Inni przeciwnie – świadomie rezygnują z ojczystego języka w domu, aby dziecko „jak najszybciej stało się swoje”. Jednak tożsamość i pochodzenie to nie paszport czy nazwisko, które można zmienić z dnia na dzień. Korzeni nie da się odciąć jednym gestem.

Jest też grupa niezwykle ważna – Ukraińcy z silnie zrusyfikowanych przed wojną regionów. I jak się okazało, dopiero tutaj, na uchodźstwie, oni i ich dzieci po raz pierwszy zaczęli czytać i rozmawiać po ukraińsku. To w ich przypadku toczy się cicha walka o tożsamość pokolenia, które rosja* próbowała zniszczyć. Ale tutaj przegrała. Najeźdźcom udało się odebrać nam domy i spokój – ale nie zdołali odebrać tego, co mamy w sercu. Ta miłość do kraju, poczucie wolności i godności okazały się silniejsze niż broń. Można spalić ściany, ale nie da się wykorzenić pamięci o tym, kim jesteśmy.

Właśnie dlatego jestem przekonana, że ucieczka w skrajności jest błędem. Odcinanie korzeni osłabia dziecko, ale zamykanie się na nowy świat odbiera mu skrzydła. Im silniejsze są korzenie, tym wyżej i bezpieczniej dzieci rozwiną skrzydła, a kultury nie powinny ze sobą walczyć – powinny się nawzajem wzbogacać.

Cieszę się, że znalazłam się właśnie w Gdańsku. Gdańsk zachwyca historią wolności, solidarności i wielokulturowości. Dzieci dorastające w tak inspirującym miejscu każdego dnia chłoną atmosferę otwartości. To ogromny atut – bezcenna lekcja, z której będą czerpać w dorosłym życiu, budując przyszłość i odbudowując własny kraj.

Kiedy patrzę na chłopców i dziewczynki bawiących się lub tworzących coś podczas warsztatów w naszej bibliotece – widzę przyszłość. Marzę, że staną się wysokiej klasy specjalistami: architektami, dyplomatami, informatykami, lekarzami czy artystami. Marzę, że staną się budowniczymi nowej Ukrainy. Nawet jeśli część z nich zostanie w Polsce lub ruszy dalej w świat, zawsze będą jej silnym głosem. Będą tworzyć projekty, przyciągać inwestycje i opowiadać prawdę o naszym kraju – nie z pozycji ofiary, ale z pozycji siły i partnerstwa. A ci, którzy wrócą, przywiozą ze sobą najlepsze wspomnienia z Gdańska, przyjaciół, wiedzę o europejskiej demokracji i szacunku do drugiego człowieka. Odbudują Ukrainę według najwyższych światowych standardów.

Polska otworzyła przed nami serce w najciemniejszym momencie. Gdańsk stał się dla nas bezpiecznym portem. Najpiękniejszym „dziękuję”, jakie możemy złożyć temu miastu, są właśnie nasze dzieci: wychowane w szacunku, mądre i wrażliwe, z których Gdańsk pewnego dnia z dumą powie: „To nasze Gdańskie Dzieci”.

Stworzenie tej biblioteki to mój własny sposób na to, by się nie poddawać. To prywatny manifest przeciwko wojnie. Wróg chciał zetrzeć naszą kulturę i uciszyć język. Tworząc takie ukraińskie miejsca pełne ciepła i książek poza swoim krajem, odpowiadamy bez cienia lęku: „To wam się nie uda”.

Każda nowa książka, zakupiona lub podarowana naszej bibliotece, każdy uśmiech dziecka podczas wydarzeń, które organizujemy, to mała cegiełka w fundament przyszłości.

Nasza biblioteka to coś więcej niż półki z książkami. To przyjazne miejsce, gdzie polscy i ukraińscy sąsiedzi patrzą sobie w oczy, dzielą się codziennością i podają dłonie. Rodzą się tu prawdziwe sojusze serc – międzyludzkie przyjaźnie, które zapuszczają korzenie tak głęboko, że przetrwają każdą burzę i pozostaną z nami na zawsze. Nie możemy zmienić geopolityki ani zatrzymać rakiet własnymi rękami. Możemy za to ukształtować światopogląd dzieci, które trzymają w dłoniach ukraińską książkę na brzegu Morza Bałtyckiego. Dzieląc się naszymi skarbami i dobrą energią, sprawiamy, że to miasto staje się jeszcze wspanialsze.

Wierzę, że za wiele lat jedno z naszych dzieci, stając się odnoszącym sukcesy człowiekiem, napisze w swoich wspomnieniach:

„Moje dzieciństwo przypadło na czasy wielkiej wojny. Mieszkaliśmy w Gdańsku. Ale było tam takie miejsce – Biblioteka Ukraińska – gdzie czułem się bezpiecznie. To właśnie tam, wśród półek z książkami, zrozumiałem dwie rzeczy: mogę osiągnąć każdy szczyt w tym wielkim świecie i zawsze będę pamiętać, skąd pochodzę”.

To jest moje największe marzenie. I dla niego warto pracować każdego dnia.

  • Działaczka społeczna, animatorka kultury. Koordynuje projekty związane z przybliżeniem literatury i kultury polskiej i ukraińskiej, aktywizacją lokalnych mieszkańców, integracją migrantów i lokalnej społeczności, edukacją kulturową.

Pytanie miesiąca

Marzysz czy twardo stąpasz po ziemi?