Rozmowa z reprezentantami Instytutu Fale Loki Koki: Sebastianem Karczewskim, właścicielem gdańskiego barbershopu Męskie Zacięcie oraz Mateuszem Sekulskim, jego współpracownikiem, którzy spędzili dzień w hospicjum w Pogorzelicach, strzygąc i goląc podopiecznych.
Marta Dietrich: Sebastian, zanim porozmawiamy o hospicjum, powiedz: jak wygląda Twoja codzienność?
Sebastian: Zazwyczaj wstaję o 5:30. Potrzebuję około dwóch godzin dla siebie: sesja oddechowa, zimna kąpiel, czasem śniadanie. Potem zaczynam pracę, najczęściej od 8:00. Kończę różnie: o 20:00, o 22:00 albo po ostatnim kliencie.
Ktoś mógłby powiedzieć: „co za wariat”. Ale jeśli coś jest pasją, to, jak się mówi, nie przepracowało się ani jednego dnia. Przemieszczam się między dwoma salonami. W weekendy dochodzi praca szkoleniowa, edukacyjna, CSR-owa, społeczna. A pomiędzy tym wszystkim staram się być mężem i ojcem.
Co w tej pracy jest najważniejsze?
Sebastian: Człowiek i relacja. Bez tego całe nasze rzemiosło, techniki i umiejętności nie miałyby sensu. Na fotelu barberskim co trzy, cztery tygodnie wypowiadane są różne historie. Są relacje, które trwają prawie dziesięć lat. Ci ludzie stają się częścią mojego życia. To tworzy nietypową, ale prawdziwą więź.
Czyli ludzie nie przychodzą do barbera tylko po fryzurę?
Sebastian: Pierwszy powód jest prosty: trzeba ostrzyc włosy, wyglądać schludnie, elegancko. Ale potem te wizyty stają się czymś więcej. To są spotkania, na które się czeka. Po latach sam czuję, kiedy kogoś brakuje. Patrzę w grafik i widzę, że ktoś nie przyszedł albo że nie było go od dawna. Nagle odkrywam pustą przestrzeń po osobach, które wcześniej ją wypełniały.
Myślę, że ludzie przychodzą też po rozmowę. Może nie mówią tego wprost, bo przecież umawiają się na strzyżenie. Ale kiedy już tu są, rozmowy stają się kluczem wizyty.
Skąd pomysł, żeby pojechać do hospicjum w Pogorzelicach?
Sebastian: To powstało z rozmowy z redaktorem Robertem Silskim. Robert ma serce mocno związane z hospicyjnym dziełem i magiczną moc łączenia ludzi. Dzięki niemu pojechałem tam jako fryzjer razem z Mateuszem Sekulskim, reprezentując nasz barbershop, ale też Instytut Fale Loki Koki, który pomógł nam zrobić to dobro.
Z jaką myślą jechaliście?
Sebastian: Że jedziemy robić dobre rzeczy. W mojej marce pomaganie innym i empatia są jednym z fundamentów pracy. Chcieliśmy pomóc, ale też zmierzyć się z tym etapem drogi drugiego człowieka, na którym jak się okazało, fryzjer również może być. I może zrobić dużo dobrego.
To był Wasz pierwszy kontakt z hospicjum. Czego się spodziewaliście?
Sebastian: W mojej głowie było to miejsce z dużą ilością cierpienia, bólu, płaczu, smutku. Miejsce z ogromnym ciężarem. Miałem lęk i obawy. Zastanawiałem się, jak sobie poradzę. Jak wejdę i zderzę się z tym, co zobaczę? Czy jestem na to gotowy?
Mateusz: Przed wyjazdem każdy z nas miał obawy. Obaj odczuwaliśmy dyskomfort, głównie dlatego, że nie wiedzieliśmy, co zastaniemy na miejscu. W głowie tliły się obrazy szarych, zimnych pomieszczeń, gdzie tylko śmierć zagląda przez dziurkę od klucza.
A co zastaliście?
Sebastian: Pierwsze, co zwróciło moją uwagę, to kwiaty, rośliny i przestrzeń. To miejsce absolutnie nie budziło strachu ani lęku. Było ciepłe, pełne troski. Największym zaskoczeniem było dla mnie to, że tam czas się zatrzymuje.
Mateusz: Zastaliśmy ciepło domowego ogniska, anielski orszak opiekunów, przemiły personel i dziecięcą radość w oczach podopiecznych. Zobaczyłem życzliwość wynikającą z czułych gestów i zachowań.
Jak przyjęli Was pracownicy hospicjum?
Sebastian: Jak swoich. Otoczyli nas empatią, czułością i troską. Pomyślałem wtedy: skoro oni tak potrafią przyjąć nas, obcych ludzi, to co dopiero osoby, z którymi są tam na co dzień. To było widać i czuć na każdym kroku. Życzyłbym pacjentom w polskiej opiece zdrowotnej, żeby spotykali się z taką opieką, jaką zobaczyłem w hospicjum w Pogorzelicach.
A podopieczni?
Sebastian: Bardzo naturalnie. Było wesoło, swojsko. Przywitały nas kawa, herbata, ciepła rozmowa, uścisk ręki, uśmiech. Najbardziej zaskoczyły mnie oczy ludzi. Nie patrzyłem na ciała. Patrzyłem na oczy, bo oczy nigdy nie kłamią. W tych oczach widziałem iskrę życia, a nie finał. Nie ostatni przystanek. Widziałem uśmiechy małych dzieci.
Mateusz: Podopieczne emanowały gracją i elegancją. Pojawił się blask w oczach, uśmiech rozjaśnił twarze kobiet. Panowie prostowali plecy z dumą, prezentując świeżo ogolony zarost. Przez te kilka godzin nikt nie myślał o trudnych diagnozach. Liczyło się tu i teraz: poczucie godności, bycia ważnym i zauważonym.
Kiedy poczuliście, że to nie jest zwykłe strzyżenie albo golenie?
Sebastian: Zrozumiałem, że obecność znaczy więcej niż słowa. Dotyk drugiego człowieka, okazanie mu szacunku przez swoją pracę, zauważenie go. To było najważniejsze. Nie zawsze rozmowa była możliwa, bo ciało nie pozwalało. Ale można było być. Można było sprawić, że ktoś znowu patrzy w lustro z uśmiechem, dotyka ogolonej twarzy, która znów jest gładka, czuje zapach wody kolońskiej czy kosmetyku na włosach.
Mateusz: Potrzeba piękna i bliskości nie umiera nigdy, bez względu na wiek czy stan zdrowia.
Czy zależało Wam na tym, żeby nie traktować podopiecznych jak „chorych”?
Sebastian: Bardzo. Chcieliśmy dać im normalność. Nie chcieliśmy, żeby czuli, że robimy coś „dla ludzi z hospicjum”. Chcieliśmy być z nimi tak, jak jesteśmy z ludźmi na co dzień. To są normalni ludzie. Tacy, jakich spotykamy w salonie, na ulicy, w życiu.
Pamiętasz pierwszą osobę, którą się zająłeś?
Sebastian: Tak. To był pan na wózku, na łóżku. Pracował kiedyś w stoczni. Cały czas pytał, ile ma mi zapłacić. A ja mówiłem: „Nic. Jesteśmy tutaj dzisiaj za uśmiech”. On bardzo chciał pomóc. Podnosił głowę, ciało, próbował się ustawiać. Zależało mu, żebym ja też czuł się dobrze w tej pracy.
Czy była osoba, która szczególnie została z Wami w pamięci?
Sebastian: Pani Basia. Miała uśmiech małego dziecka ukryty w ciele dojrzałej kobiety. Bardzo walczyła o komunikację, żeby powiedzieć mi, że jest z Nowego Portu, że kiedyś pracowała w Nowej Karczmie. W jej oczach było tyle życia. Poruszyły mnie też jej włosy. One nie znikały, tylko odrastały. Pod spodem był cały gąszcz nowych, delikatnych włosów, takich jak u dziecka. Dowiedzieliśmy się później, że pani Basia ma zostać przeniesiona do innego ośrodka, że nie będzie już pod opieką paliatywną, tylko inną. Pomyślałem wtedy, że u niej to chyba drugi start. Była też pani, która zapytała, czy zrobiono nam kawę. Tak jak babcie czasem w domu zarządzają gościnnością.
Mateusz: Mnie została w pamięci sytuacja z końca dnia. Kiedy się żegnaliśmy, jedna z podopiecznych chwyciła moją dłoń i nie chciała jej puścić. Trzymała ją, masowała opuszkami palców i patrzyła mi głęboko w oczy. Wtedy zrozumiałem, jak ważne jest odejść z godnością.
Co działo się, kiedy podopieczni patrzyli w lusterko?
Sebastian: Podawano im lusterka i wtedy zmieniały się postawy ciała. Ludzie, którzy wcześniej byli przygarbieni, nagle się prostowali. Przeglądali się, rozmawiali z opiekunkami, żartowali, bardziej się uśmiechali. Było widać, że czują się lepiej sami ze sobą. Dla tego momentu warto było tam być.
Czy mieli konkretne życzenia?
Sebastian: Tak. Na przykład: „nie za krótko”. Tak, żeby starczyło na dłużej. Panie bardzo pilnowały, żeby nie skracać za dużo. Mateusz był rozliczany z każdego milimetra. Finalnie zawsze wychodziło dobrze.
Czym była Wasza wizyta: usługą, spotkaniem, rytuałem?
Sebastian: Na pewno nie usługą, bo tego nie da się sprzedać. To można tylko ofiarować drugiemu człowiekowi. Dla mnie to było odkrycie, że ten zawód i ta pasja mogą towarzyszyć człowiekowi na każdym etapie życia. Rzeczy, które nie mają wymiaru finansowego, często dają największą wartość.
Tematem tego numeru Pomostu jest marzenie. Czy w hospicjum dotknęliście ludzkich marzeń?
Sebastian: Myślę, że tak, choć nie zawsze były to marzenia wypowiedziane wprost. Tam bardzo mocno poczułem, że na pewnym etapie życia wszyscy jesteśmy równi. Że o wartości człowieka nie świadczy status społeczny, tylko to, jak żył, jak przeżył życie i kto przychodzi do niego na samym końcu.
Zobaczyłem też, jak ważny zawód wykonuję. Możemy sprawić, że ktoś wygląda lepiej. Ale możemy też dać komuś poczucie, że znów się prostuje, patrzy w lustro, czuje się lepiej sam ze sobą. Nie chcę mówić, że przywracamy godność, bo ci ludzie mają godność. Ale możemy pomóc im poczuć się dobrze. Możemy dać chwilę normalności.
Czy „wyglądać jak dawniej” może być marzeniem?
Sebastian: Tak. Albo może być częścią marzenia o tym, żeby poczuć się sobą. Dla osoby chorej, osłabionej, zależnej od innych, gładko ogolona twarz, ułożone włosy, zapach wody kolońskiej mogą znaczyć bardzo dużo. To mały gest, ale z ogromnym znaczeniem.
Taka wspólna wizyta buduje zespół inaczej niż zwykły dzień pracy?
Mateusz: Uważam, że każdy barber, fryzjer, edukator powinien odwiedzić takie miejsce wspólnie z innymi i zacieśnić więzi.
Sebastian: Dla mnie to było ogromne wyróżnienie. Strzygłem już małe dzieci, a teraz miałem przywilej strzyc ludzi u progu przejścia. Ludzi, w których oczach było tyle życia. Podchodzę do tego doświadczenia z wielkim szacunkiem. I wiem, że będę tam wracał, w miarę możliwości. Z nożyczkami w ręku i uśmiechem na twarzy.
Jak wyglądała droga powrotna do Gdańska?
Sebastian: Najpierw było około dziesięciu minut ciszy. Potrzebowaliśmy to przyswoić. Potem Robert więcej mówił, a my słuchaliśmy. Chyba wszedł wtedy w rolę dobrego brata, który przeprowadza nas przez ten proces. Byliśmy pierwszy raz i potrzebowaliśmy takiego dobrego radia z duszą, które pomoże okiełznać to, czego doświadczyliśmy.
Co powiedziałbyś komuś, kto nigdy nie był w hospicjum?
Sebastian: Że każdy powinien choć raz w życiu odwiedzić takie miejsce. Warto zobaczyć i poczuć, że hospicjum nie jest miejscem pełnym ciemnych barw. Wręcz przeciwnie. Można tam zrozumieć, jak towarzyszyć drugiemu człowiekowi na końcu jego drogi, z szacunkiem i godnością.
Można przynieść kwiaty, coś słodkiego, upieczone ciasto. Można po prostu pobyć, posiedzieć, popatrzeć. A może, jeśli starczy odwagi, wyjść z kimś na spacer. Ja na pewno zabiorę tam mojego syna. Już z nim o tym rozmawiałem.
Czy dla Was jest dziś Hospicjum w Pogorzelicach?
Sebastian: Miejscem, w którym zatrzymuje się czas. Miejscem, gdzie widać, że obecność znaczy więcej niż słowa. I miejscem, które pokazuje, że nawet bardzo małe marzenie, żeby znów spojrzeć w lustro i zobaczyć siebie, może mieć ogromną wartość.






Komentarz Agaty Kozyr – założycielki i Prezeski Fundacji Lęborskie Hospicjum Stacjonarne
Hospicjum często kojarzy się z końcem, ale my każdego dnia widzimy, że to jest także czas intensywnego dotykania życia — takiego, jakie jest możliwe tu i teraz. Czasem życie smakuje się wtedy w bardzo prostych rzeczach: w rozmowie, uścisku dłoni, zapachu kawy, promieniu słońca, dobrze ułożonych włosach, gładko ogolonej twarzy, spojrzeniu w lustro.
Myślę, że wielu naszych podopiecznych nigdy wcześniej nie pomyślałoby o takim spotkaniu jako o marzeniu. A jednak, kiedy zobaczyli siebie zadbanych, gdy prostowali plecy, uśmiechali się, dotykali twarzy po goleniu, było widać, jak wiele to znaczy. Nie chodziło o wygląd sam w sobie. Chodziło o poczucie, że nadal jestem sobą. Że jestem ważny. Że ktoś przyszedł specjalnie dla mnie.
Dzięki takim ludziom jak Sebastian i Mateusz możemy dawać naszym podopiecznym więcej, niż być może sami odważyliby się oczekiwać. To są małe gesty, ale w hospicjum często mają ogromną siłę. One nie odsuwają choroby, ale pozwalają na chwilę poczuć życie pełniej.





